Jak schudnąć pół tony? Opowiada Rzecznik Praw Chorych na Otyłość i Redaktor działu Otyłość Poradnikazdrowie.pl

2017-11-13 14:33 Magdalena Gajda

Na otyłość choruję od 46 lat. 152 kg to moja najwyższa waga. Żeby schudnąć „zaliczyłam” ponad 100 diet, poiłam się ziołami, łykałam „cudowne tabletki”, dałam się zahipnotyzować, poddałam się dwóm operacjom bariatrycznym. Kilogramy tłuszczu znikały, a potem wracały z nawiązką. Gdy ludzie pytają ile schudłam odpowiadam: w sumie to chyba z pół tony. Teraz ważę 78kg, ale nadal choruję na otyłość. Jestem w Poradnikuzdrowie.pl, aby was wspierać. Oto moja historia.

1971 rok - rodzę się po raz pierwszy

Miałam być Lwem, jestem Panną. Bo jestem z ciąży przenoszonej. Nie śpieszyło mi się przedzierać przez kanał rodny. Ponad 50 cm wzrostu, ponad 5 kg wagi. Położna zaszczebiotała nade mną zachwycona: jaka dorodna, tłuściutka kobietka, oby tak dalej…. Niestety, „wykrakała”.

1972 rok - zaczynam chorować

Mam 1 rok. Chodzę, ale inaczej, niż inne dzieci. Kiwam się na boki jak kaczkach, jak upadam to na buzię. Diagnoza – późno wykryta wada wrodzona pod nazwą obustronne zwichnięcie stawów biodrowych. Wkładanie między nogi grubych pieluch tetrowych i deseczek nie pomaga. Moje panewki nadal są płaskie, a główki kości biodrowych układają się poza nimi. Chirurg chce mnie „brać na stół”, ale nie daje żadnej gwarancji, że po zabiegu będę chodzić. Los sprzyja. Rodzice cudem znajdują ortopedę, który leczy takie wady jak moja bez operacji.

„Królem” mojego pokoju staje się ogromny stół. To specjalny wyciąg ortopedyczny. Ma szeroki blat ustawiony pod kątem ostrym do ściany. Sadzają mnie w tym zagłębieniu na prawie… dwa lata. Specjalne szelki trzymają moje plecki przy ścianie. Rzemienne pasy przytrzymują moje nóżki przy blacie stołu. Nie wolno mi ich przesuwać. Trzy razy w tygodniu lekarz rozsuwa moje nogi o kolejne 2-3 centymetry. Im bliżej „szpagatu” tym bardziej boli, tym głośniej krzyczę, tym bardziej płaczą rodzice, którzy nawet nie mogą mnie wziąć na ręce, aby utulić. Przez dwa lata „zaliczam” kilkadziesiąt „szpagatów” zanim główki stawów wskakują w wyrobione panewki. „Schodzę” z wyciągu na własnych nogach i mając trzy lata uczę się znowu chodzić.

Jeszcze siedząc na wyciągu dostaję do jedzenia wszystko co najlepsze co można zdobyć w polskich sklepach lat 70. i z paczek zagranicznych. Rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie starają się „wynagrodzić” mi chorobę i cierpienie. Zaczynam tyć, ale nikt się jeszcze tym nie przejmuje. Przecież dziecko się nie rusza, więc jak ma spalać kalorie?

Lata 70 -90 – „Co zrobiliście z tego dziecka?”

Rosnę. Nie tylko wzdłuż, ale i wszerz. Jestem „dorodna” coraz bardziej. Mama prowadza mnie od lekarza do lekarza. Od każdego słyszy to samo. Najpierw, że jak się zacznę więcej ruszać, to z „tego” wyrosnę. Potem, że jestem w okresie dojrzewania i nie wolno mnie odchudzać. A na koniec, kiedy mam już 17 lat: „Co wyście zrobili z tym dzieckiem, że jest takie grube?!”

Ludzie – rówieśnicy i dorośli - nazywają mnie grubasem, świnią, hipopotamem, plują na mnie, obrzucają kamieniami i wyzwiskami, szczują pasami, albo łaskawie ignorują i nie odzywają się do mnie wcale. Uciekam przed pogardliwymi spojrzeniami po swojemu. Pochylam głowę, wciskam ją w ramiona. Może kiedy nie będę patrzeć ludziom w oczy, to mnie nie zauważą...? Z książek i filmów tworzę własny świat. Z daleka od diety 1000 kcal, mlecznej, warzywnej, owocowej i jeszcze bardziej wymyślnych. Z dala od mieszanek ziołowych, „cudownych środków odchudzających”, igieł od akupunktury wbijanych w małżowiny uszu, bolesnych masaży odchudzających, rąk „cudotwórców” przesyłających mi bioprądy i seansów hipnozy. I z dala od wagi, która najpierw daje nadzieję odejmując kilka kilogramów, a potem brutalnie ją odbiera dokładając kilkanaście nowych. Dlaczego jestem gruba? Tego nikt mi mi wyjaśnia. W oczach ludzi widzę tylko wyrzut - „to twoja wina, że taka jesteś”. Głośno mówią: "ładna dziewczyna (kobieta), szkoda, że taka gruba".

Listopad 1995r. - rodzę się po raz drugi

Dwa tygodnie przed II narodzinami. Pobudka o godz. 3.00 w nocy. Z Warszawy do kliniki w Zabrzu jest ponad 300 km. W naszym samochodzie – Mama, Tata, ja, lęk i cisza. Rozmowa się nie klei. Zdania rwą się. Tak jak cienkie plasterki szynki w mojej porannej kanapce. Jeszcze nie wiem, że to mój ostatni posiłek tamtego roku.

O prof. Marianie Pardeli wiem tyle, że „odchudza zmniejszając operacyjnie żołądki”. Wiadomość jest prawie tajna. Nie znajduje jej w internecie, bo tego jeszcze nie wymyślono. Wieść przekazuje mi koleżanka ze studiów. Prof. Pardela ogląda moje zwały tłuszczu. „To co? Operujemy? Masz szczoteczkę i piżamę?” – pyta. Tak. Bo jestem i „dorodna” i zdesperowana. „Najpierw cię zważymy” - zarządza profesor. „Moja” waga stoi w szpitalnej kuchni. Na takiej wadze mój Dziadek ważył półtusze świniaków. Zagryzam zęby, zamykam oczy, zaciskam ręce w pięści i wchodzę na platformę. „152 kg!” – krzyczy królowa kuchni, a ja pierwszy raz w życiu, przy ludziach wybucham płaczem.

Pierwsza, druga i trzecia noc na korytarzu. Pozostałe już na sali chorych. Jestem na kolejnej diecie. Tym razem wodnej. Woda, woda i tylko woda, w każdej ilości, ile chcę. Na języku smak brukselski. Dlaczego brukselki…? Badania i testy. Łykam bez słowa to co mi wrzucą na dłoń, cierpliwie podstawiam żyły pod igły. I jeszcze zdjęcia do kartoteki. Asystent profesora tłumaczy co mi zrobią podczas operacji. Kreśli rysunek mojego przyszłego żołądka na kartce papieru. Mam 24 lata, a jestem przerażona jak dziecko. Mama wsiada w poranny pociąg i przyjeżdża z Warszawy do Zabrza, żebym nie uciekła przed zabiegiem.

Dzień operacji. Pionowa opaskowa plastyka żołądka metodą Masona. Leżę na stole i próbuję z niego nie spaść. Brzuch spływa kaskadą na boki. Na sali zimno jak w zamrażalniku. Drżę. Pielęgniarka koi lęk. „Zapamiętaj jak masz na imię. Zapytamy jak będziemy cię wybudzać”. Respirator szumi koło prawego ramienia. Na ekranie migocze serce. Anestezjolog uspokaja. „Jak jest 80 i więcej to ok”. Nie pytam, czy jak jest mniej, to jest „nie halo”… Ucisk strzykawki na wenflon w łokciu. Zasypiam… Mgnienie…

Chorujesz na otyłość II lub III stopnia?
Szukasz informacji o operacjach bariatrycznych,
czyli chirurgicznym leczeniu otyłości?
Zapraszamy do serwisu: OTYŁOŚĆ pod SKALPEL

8 miesięcy po II narodzinach

Waga – 75 kg. Wytrzymałam. Przyzwyczajałam swój „nowy żołądek” do jedzenia jakbym znowu była dzieckiem. Najpierw kilka tygodni na wodzie, potem soki, papki i w końcu, na Wielkanoc 1996 r. pierwsze pokarmy stałe. Profesor Pardela puchnie z dumy. Asystenci zacierają ręce: „Świetny przypadek do doktoratu”.

Ja, moi bliscy, przyjaciele, którzy wiedzą o operacji, lekarze – wszyscy żyjemy w euforii. Nikt mnie nie pyta o emocje, wyniki badań. A ja uciekam od kolejnych wizyt kontrolnych. Myślę – po co? Przecież schudłam. Już nie będę gruba.  Proszę jeszcze tylko, aby usunęli mi worek skóry, który został na brzuchu po chudnięciu. Po 152 szwach została dziś cienka blizna.

1996-2010 - 15 lat na „rollercoasterze”

„Chudość” rozczarowuje. Nie noszę bluzek bez rękawów, bo wokół ramion wiszą mi worki skóry. Czy mroźna zima, czy upalne lato wciskam na nogi grube pończochy obciskające, żeby przytrzymały fałdy skóry na nogach. Patrzę w lustro i widzę w nim obcą kobietę. Złodziejkę, która ukradła mi emocje i wspomnienia, a potem włożyła do swojego „środka” z nieznanymi mi wielkimi oczami i wystającymi kośćmi obojczykowymi. I jeszcze te testy. Co i ile zjeść na raz, żeby się nie zakleić, żeby nie zwymiotować, żeby nie dostać refluksu. Waga w dół to euforia, nowe ciuchy, kosmetyki, fryzury i faceci. Waga w górę to głód, wycofanie, samotność, stany depresyjne. W końcu waga idzie tylko w górę. Nie potrafię jej zatrzymać, więc się z nią godzę. Jestem gruba i widać inna nie będę. Lekarzy unikam. Przecież ich znowu rozczarowałam.

6 miesięcy przed III narodzinami.

Waga wskazuje 136 kg. Jerzy, ortopeda, wkurzony. „Jeszcze kilka kilogramów i przesiądziesz się na wózek. Kobieto, ty już kolan nie masz… Zrób coś!” Robię. Los znowu sprzyja. Dawny asystent prof. Pardeli – Mariusz Wyleżoł, dziś już sam z tytułem profesorskim, przeniósł się do jednego z warszawskich szpitali. 

Diagnostyka trwa trzy dni. Opis – staplery poprzerastały przez ścianki żołądka, między nimi luki, przez które przedostaje się pokarm. Trzeba je usunąć. Mam farta, bo cukrzycy, chorób serca, nadciśnienia nie mam. Tylko choroba zwyrodnieniowa stawów po 40 latach życia z otyłością mnie dopadła. Ratujemy więc moje stawy. Podejmujemy decyzję o kolejnej operacji.

Tym razem lekarza słucham uważniej. Żołądka już nie będę miała. Magazynować pokarm i trawić go będą teraz moje jelita. Mam o nie dbać. Nie jeść za dużo błonnika, kultur bakterii, pokarmów bogatoresztkowych, żeby nie trawiły za szybko. Napoje gazowane i wszystko co rozdyma – groch, fasola, cebula, czosnek – muszą przestać dla mnie istnieć. Z całego pożywienia będę przyswajać tylko 20 proc. składników odżywczych. Tych „złych” węglowodanów, tłuszczy, cukrów. I tych „dobrych” - witamin, składników mineralnych. Konieczne będą suplementy: witamina B12, żelazo, kwas foliowy, magnez i potas. Ile schudnę? „Może dużo… Może kilka kilogramów…” - odpowiada prof. Wyleżoł. Na jak długo? „Nie wiem. I nic ci nie obiecam. Przecież wiesz, że lekarstwa na otyłość nie ma. Operacja pomoże ci schudnąć. Potem musisz nauczyć się żyć z tą chorobą i kontrolować ją…”. Po raz pierwszy zaczyna do mnie docierać, że nie jestem gruba, tylko chora na otyłość.

2010r. - „rodzę się” po raz trzeci

Operacja. Wyłączenie żołądkowe z wycięciem dalszej części żołądka i odtworzeniem ciągłości przewodu pokarmowego na długiej pętli Roux. Nazwa prostsza – gastric by-pass. Sala operacyjna wciąż zimna. Stół jakby większy. Procedura już przerobiona. Zasypiam, budzę się, bez komplikacji.

Kwiecień 2011 r.

Ważę 68 kg. Chodzę o kulach, bo nie mam siły chodzić bez nich. Twarz kredowa. Oczy zapadnięte. Widzę współczucie w oczach innych. „Pewnie jakiś rak ją wyżera...”. Siedzę w gabinecie prof. Wyleżoła i płaczę: „Niech Pan coś zrobi… Ja już nie chcę dalej chudnąć”. Zmiana diety na wysokokaloryczną. Moja dietetyczka żartuje, że pierwszy raz w swojej karierze szuka produktów, które mają jak najmniej błonnika. Potrzebne są po to, aby spowolnić pracę jelit. Z psychologiem "przerabiam" swoją chorobę od nowa. Waga idzie znowu w górę. Kiedy zatrzymuje się na 78 kg. prof. Wyleżoł w końcu jest zadowolony: „Teraz jest dobrze. Tak ma zostać. Nie zepsuj tego”.

Warto wiedzieć

Nazywam się Magdalena Gajda i od 46 lat choruję na otyłość.
Rozumiem osoby z nadwagą i otyłością, które za wszelką ceną starają się schudnąć, wyleczyć z otyłości. Mnie się udało. Miliony ludzi jeszcze "walczy". Aby im pomóc, w 2014r. założyłam Fundację Osób Chorych na Otyłość OD-WAGA. Z rekomendacji Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością pełnię też funkcję Społecznego Rzecznika Praw Osób Chorych na Otyłość. Naszym celem jest taka zmiana prawa w Polsce, aby osoby z nadwagą i otyłością miały dostęp do rzetelnego leczenia i wsparcia społecznego, a także traktowane były z szacunkiem.

Jestem także nowym Redaktorem Prowadzącym działu OTYŁOŚĆ na Poradnikuzdrowie.pl.
Ja i współpracujący ze mną eksperci jesteśmy w Poradnikzdrowie.pl po to, aby Was wspierać - rzetelną wiedzą o otyłości i metodach jej leczenia, a także schorzeniach, które są jej powikłaniem i o wielu innych problemach: żywieniowych, ruchowych, emocjonalnych, seksualnych, społecznych itp., które wiążą się z otyłością. U nas znajdziecie też informacje o tym, co robią organizacje pozarządowe na rzecz chorych z otyłością. Zapraszamy do działu OTYŁOŚĆ w zakładce ZDROWIE!

Ważne

Poradnikzdrowie.pl wspiera bezpieczne leczenie i godne życie osób chorych na otyłość.
Ten artykuł nie zawiera treści dyskryminujących i stygmatyzujących osoby chore na otyłość.

Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

W numerze 2/2020 "Zdrowia": co pomoże na ból głowy, sztuczne hormony wokół nas, dźwięczny głos na lata, stopy bez odcisków, eko zwierzak w domu, chudnij z wyobraźnią, hity zdrowej kuchni. Miesięcznik "Zdrowie" to pakiet rzetelnej wiedzy i sprawdzonych rad!

Dowiedz się więcej
Miesięcznik Zdrowie 2/2020

Materiał partnerski

KOMENTARZE
Ulka
|

Tak jak Ty, myślę że tylko osoba po przejściach może zrozumieć walczących z nadwagą. Ja walczę jakieś ćwierć wieku. Nigdy nie znalazłam zrozumienia dla mojego problemu. Dostaję nadal zalecenia typu więcej ruchu i lekkostrawna dieta. Gdyby to działało to już bym była miss. Pozdrawiam