Magdalena: W moim słowniku nie istniało słowo „łysa”

2021-11-23 9:06
Magdalena Alopecjanki
Autor: Archiwum prywatne

“Masz raka?” - Alopecjanki, czyli kobiety bez włosów słyszą to pytanie na każdym kroku. Łysienie plackowate dotyczy około dwóch procent światowej populacji. Oto historia Magdaleny. Fragmenty pochodzą z książki “Alopecjanki. Historie łysych kobiet” autorstwa Marty Kawczyńskiej, wydawnictwo HARDE, 2020.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Difenylocyklopropenon, czyli w skrócie DCP, to nie tylko świetna nazwa, by poćwiczyć dykcję i połamać sobie język, ale przede wszystkim substancja syntetyzowana chemicznie, która nie występuje w sposób naturalny w przyrodzie. Jak działa? Daje nadzieję, że włosy odrosną. 

Prawie u każdego po nasmarowaniu skóry DCP pojawia się reakcja alergiczna. W tej terapii chodzi o „oszukiwanie” organizmu. Układ immunologiczny, zamiast atakować cebulki włosów i traktować je jako ciała obce, których trzeba się pozbyć, skupia się na walce z alergenem, którym jest właśnie DCP.

Poradnik Zdrowie: kiedy iść do immunologa?

Pierwszą oznaką, że DCP zaczyna działać, jest zaczerwienienie skóry, swędzenie, a nawet pęcherze. Zdarza się, że powiększają się węzły chłonne. Po tej pierwszej aplikacji co tydzień samemu smaruje się pozbawione włosów miejsca na głowie odpowiednio dobranym przez lekarza stężeniem.

Po każdym nasmarowaniu nie wolno myć głowy przez kilka dni. Wspomniana „magia” DCP polega na tym, że włosy docelowo mają odrosnąć nie tylko na głowie, ale wszędzie tam, gdzie ich brakuje – brwi, rzęsy, owłosienie ciała.

Czy DPC działa? Na jednych tak, na innych nie. Bywa, że zbuntowany organizm nie daje się zbyt długo „oszukiwać”, szybko przyzwyczaja się do stężenia DCP, a włosy albo nie odrastają, albo odrastają, by za chwilę wypaść ponownie.

–Dla mnie to bomba z opóźnionym zapłonem. Trzeba cholernie uważać. Kiedy pochlapałam się nim przez przypadek, na brzuchu miałam mapę Afryki i Azji, a także poparzoną całą rękę. 

AA leczy się teraz też m.in. sterydami i za pomocą naświetlania lampami PUVA. W 2019 roku w Polsce rozpoczęły się także testy inhibitora JAK. Skutkiem ubocznym tego stosowanego w terapii osób z osteoporozą leku jest właśnie porost włosów.

Szampon z łabędziem

– Jeszcze kilka lat temu w moim słowniku nie istniały słowa „łysa” czy „łysienie”. Dziś mówię prosto z mostu, że choruję na łysienie plackowate. Wiesz, co mnie najbardziej wtedy bawi? Ten moment, gdy mój rozmówca nie wie, jak zareagować, co powiedzieć. To trochę złośliwe z mojej strony, ale wkurza mnie, że bycie łysą albo plackowatą jest wciąż w naszym kraju „egzotyką”.

Na co dzień pracuje w firmie ubezpieczeniowej. Po godzinach prowadzi zajęcia z jogi.

– Jak zaczęło się moje łysienie? Nagle. To był 2007 albo 2008 rok. Widziałam na swojej głowie placek, który robił się coraz większy, nie miałam pojęcia, co to za choroba. Odkrył go mój ówczesny chłopak. Zaczęłam szukać w internecie informacji. Niewiele ich było. Trafiłam za to na adres jednej z warszawskich pseudoklinik trychologii. Dlaczego tak o niej mówię? Lekarz obejrzał moją głowę i stwierdził, że to na pewno nie jest łysienie plackowate. „Jak pani będzie stosowała szampon z łabędziem, o ten, co stoi tam w gablocie i można go u nas kupić, to wszystkie włosy szybko pani odrosną”.

Łabędź nie pomógł. Placków przybywało. A ja wydeptywałam ścieżki do kolejnych dermatologów. Każdy miał swoją teorię i inne metody leczenia. Od wcierek przez sterydy po dosyć bolesne oklepywanie skóry głowy szczotkami.

Nie jesteś prawdziwą kobietą

– Jak zareagował mój ówczesny ukochany? Na początku nie powiedział nic. Nie odsunął się z obrzydzeniem, mogę powiedzieć, że mnie nawet wspierał. Sam walczył z atopowym zapaleniem skóry. Po drodze okazało się, że mam problemy nie tylko z włosami, lecz także z tarczycą. Moje ciało zaczęło się zmieniać. Przytyłam. To był jeden z tych powodów, dla których mnie zostawił. Bardzo go kochałam. Był moją pierwszą miłością. 

On pewnie też się we mnie zakochał, ale im bliżej końca naszego związku byliśmy, tym na więcej sobie pozwalał. „Nie jesteś prawdziwą kobietą, bo nie nosisz spódnic. Masz krótkie włosy. Nie nosisz chustek, żeby zakryć te swoje placki” – taką litanię uwag słyszałam prawie codziennie. – Nie dość, że pozwalał sobie na złośliwe komentarze, to jeszcze aranżował bardzo przykre dla mnie sytuacje. 

Kiedy się rozstaliśmy, od wspólnych znajomych dowiedziałam się, że często mówił im, że kiedyś byłam piękną kobietą, a teraz już nie jestem.

Rozstanie przeżyłam bardzo mocno. Chyba się nawet w pewnym sensie załamałam. Bywały momenty, w których bardzo nie lubiłam samej siebie. 

– Co sprawiło, że zmieniłaś podejście do siebie i do swojej choroby?

– Pomyślałam, że co ma być, to będzie. Zbiegło się to zresztą z moją ciążą i macierzyństwem. Całą energię skupiłam na córce. Może to ona była katalizatorem stresu, który nosiłam w sobie. Jednocześnie tak mocno zaprzątała moją uwagę, że nie miałam czasu na myślenie, ile mam włosów na głowie.

Marysia pojawiła się na świecie 29 sierpnia 2015 roku.

– Gdy zaszłam w ciążę, miałam tylko jeden placek. On tak sobie trwał i trwał na tej mojej głowie. Dopiero po ciąży i stabilizacji hormonalnej nastąpił szybki nawrót łysienia.

Marysia miała zaledwie kilka lat, gdy Magdalena kupiła sobie peruki. Był październik 2018 roku. Straciła 80 proc. włosów. Zostały tylko te na czubku głowy.

– I co? I znowu nie za bardzo się tym przejęłam. Kupiłam sobie te dwie peruki. Mam je zresztą do dziś. Stoją w szafie i czekają. Jeśli mam być szczera, czekanie na nie i możliwość zmian były dla mnie bardziej ekscytujące niż rozpoczęcie leczenia DCP, na które się wtedy zdecydowałam i które stosuję do dziś – przyznaje. – Może znowu nastąpił we mnie jakiś przełom? 

Mama z niebieską kartą

Gdybyś pisała książkę o mamach z niebieską kartą, to ja też bym się nadawała na bohaterkę.

O biologicznym ojcu Marysi mówi per Producent.

– Czyli taki, który po prostu zrobił dziecko. Byliśmy razem cztery lata. Kiedy Mania się urodziła, przestał stawać na wysokości zadania. Bywało tak tragicznie, że miałam założoną tę niebieską kartę.

 – Przerosło go wszystko. Obowiązki, tak potrzebna regularność w opiece nad dzieckiem. Na noworodku i jego potrzebach należy skupić całą uwagę. Producent był typem bardzo imprezowym, wieczory lubił spędzać na grze w planszówki, na zakrapianych alkoholem posiadówkach ze znajomymi.

Nie wierzyłam, że to się dzieje, zwłaszcza że to Producent namówił mnie na dziecko. Wcześniej nie za bardzo chciałam zostać mamą. Kiedy nosiłam Marysię w brzuchu, on zaczął zmagać się ze wszystkimi potworami tego świata. Był na wszystkich badaniach, pozornie zmienił styl życia na bardziej ustabilizowany, jak mówi moja mama: „odganiał muchy, których nie było”.

A potem, gdy pojawiło się dziecko, a wraz z nim potrzeba gotowości dzień i noc, nie udźwignął tego. Powoli jedna po drugiej zaczęły pojawiać się wszystkie rodzaje przemocy. Psychiczna, ekonomiczna, seksualna... Non stop słyszałam, że jestem złą matką, bezwartościową, przynoszę wstyd małej. Prośba o odkurzenie mieszkania czy pomoc w opiece przeradzała się w kłótnie i dochodziła do momentu, kiedy groził, że się powiesi, bo „męczyłam go swoim zachowaniem”. Do lasu, żeby zawisnąć na sznurze, w końcu jednak nie szedł, ale po godzinie 19 zamykał się w łazience, żeby zapalić zioło i wyluzować. A potem... gwałcił mnie, dusił, onanizował się nad moją twarzą. Próbowałam stawiać mu opór, ale był silniejszy fizycznie.

Nigdy nie chciałam go kastrować

– Pewnie zapytasz, dlaczego to znosiłam? Dlaczego nie odeszłam? Początkowo wydawało mi się, że to rodzicielstwo mamy przegadane, że na jakiś czas zrobi sobie przerwę w tym swoim beztroskim stylu życia i bycia. Ogarnie się i stanie na wysokości zadania, bo w końcu dzieci dojrzewają, a rodzice też są ludźmi. Myliłam się. Było coraz gorzej.

(...) Dowiedziałam się, że podobnie jak od trawki, nie stroni od dopalaczy. Pewnie stąd brała się jego agresja. 

Po ponad roku Magdalena zdecydowała się rozstać z Producentem, zdecydowała się na terapię w poradni.

(...) przemoc trwa tak długo, na ile pozwala ofiara. Niesie ze sobą cierpienie i ból. Uświadomiła mi też, że Mania też tej przemocy doświadczy. Nie mogłam na to pozwolić. Po kilku sesjach terapeutycznych wiedziałam, że chcę zakończyć swój związek z Producentem. 

Dotarło do mnie, że dotyczy to nie tylko ludzi z patologicznych środowisk, lecz także tych wykształconych, stabilnych ekonomicznie. 

23 grudnia 2017

– Wyprowadzka Producenta nie odbyła się bez awantury. Kiedy powiedziałam mu, że to koniec i musi się wyprowadzić, wściekł się. Zaczął mnie wyzywać, szarpać. Zadzwoniłam na policję. Zjawili się błyskawicznie. Dali mu 20 minut na spakowanie rzeczy i wyjście. Zachował się obrzydliwie, histerycznie, jak dzieciak, a nie dorosły facet.

Utkwiło mi w pamięci, że chodził w butach po wysprzątanym mieszkaniu. Swoje rzeczy wyrzucał chaotycznie z szafy, niszcząc przy tym ubrania moje i córki. Na koniec zażądał oddania czajnika, widelców, talerzy, ręczników, odkurzacza... Bardzo precyzyjnie wypunktował, co wniósł do naszego wspólnego życia, i teraz domagał się zwrotu. W swoim własnym mieszkaniu, na swoje życzenie, z dzieckiem przy piersi zostałam bez przedmiotów codziennego użytku. To był 23 grudnia 2017 roku, dzień przed Wigilią.

Przepłakałam całe święta. Nie za nim, nie za tym żenującym związkiem, ale ze strachu przed tym, co będzie, jak będzie, czy sobie poradzę i jak będę się po tym wszystkim zachowywać przy Marysi. Teraz widzę, że to było jak detoks, odtrucie. Zaczął się proces zdrowienia.

(...) Od ponad dwóch lat ojciec chyba w ogóle się do Mani nie odzywa. 

Jestem dziś bardzo zadowolona z decyzji, którą podjęłam. Z tego, że szybko zrozumiałam, że czas to skończyć. 

– Swojego obecnego partnera poznałam na portalu randkowym. Nie miałam potrzeby posiadania faceta na już, ale okres między niebyciem a byciem z kimś wypełniałam sobie rozmowami w sieci. Większość znajomości nie rokowała. Kiedy zaczęłam pisać z Mateuszem, prosto z mostu powiedziałam mu, co dzieje się w moim życiu, dlaczego jestem samodzielną matką. 

Mateusz wziął na klatę moje emocje. Rozumiał, że potrzebuję czasu. Powiedział mi, że mam do tego prawo. Jest mężczyzną bardzo wyważonym emocjonalnie. Ma na mnie kojący wpływ, potrafi mnie uspokoić, wyciszyć emocje. Gdy jestem zła, zostawia mi przestrzeń. Od początku wiedział o mojej chorobie.

Kupimy panu włosy?

– Mania? To, że brakuje mi włosów, nie robi na niej wrażenia. Normalna sprawa. Wzruszyła mnie do łez, gdy podczas nawrotu choroby odgarnęła moje siwe włosy, dała buziaka w łysy placek i się przytuliła. Ostatnio jechałyśmy razem metrem. Moja wolna od konwenansów córka zauważyła łysego pana, który siedział naprzeciwko. Teatralnym szeptem zapytała, czy gdyby chciał, to możemy iść kupić mu włosy? Moja mała, chodząca empatia.

Leczenie DCP na razie przynosi u Magdy efekty. Placki z miesiąca na miesiąc pokrywa biały meszek, z którego wyrastają włosy. Magdalena przyznaje jednak, że jest gotowa i otwarta na każdą ewentualność.

– To tylko włosy. Co bym zrobiła, gdyby wypadły wszystkie? Nic. Po prostu by ich nie było. Wytatuowałabym sobie kolorową mandalę. Od dawna mi to chodzi po głowie. No właśnie... po głowie. – Śmieje się.

Alopecjanki okładka książki
Autor: Wydawnictwo Harde

Czytaj też inne historie z książki:

O autorce książki
Marta Kawczyńska - dziennikarka, psychoterapeutka tańcem i ruchem (DMT), autorka książki "Alopecjanki. Historie łysych kobiet", Wyd. Harde, 2020
O autorze
Marcelina Dzięciołowska
Marcelina Dzięciołowska
Redaktorka od lat związana z branżą medyczną. Specjalizuje się w tematyce zdrowia i aktywnego stylu życia. Prywatne zamiłowanie do psychologii inspiruje ją do podejmowania trudnych tematów w tej dziedzinie. Autorka cyklu wywiadów z zakresu psychoonkologii, którego celem jest budowanie świadomości oraz przełamywanie stereotypów na temat choroby nowotworowej. Wierzy, że odpowiednie nastawienie psychiczne jest w stanie zdziałać cuda, dlatego propaguje profesjonalną wiedzę, w oparciu o konsultacje ze specjalistami.
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.