Chory na raka 85-latek musiał czekać 7 godzin na karetkę. Te zdjęcia łamią serce

2022-12-07 9:46

Keith Royles został zmuszony czekać na przyjazd karetki przez kilka godzin po bolesnym upadku. Chory na nieuleczalny nowotwór 85-latek czekał aż 7 godzin, choć mieszka naprzeciwko dużego szpitala. Z pomocą ruszyli sąsiedzi mężczyzny, którzy przygotowali prowizoryczne schronienie.

Chory na raka 85-latek musiał czekać 7 godzin na karetkę. Te zdjęcia łamią serce
Autor: Twitter Chory na raka 85-latek musiał czekać 7 godzin na karetkę. Te zdjęcia łamią serce

Ta historia łamie serce. Zdjęcia starszego mężczyzny, który nie był w stanie poruszać się samodzielnie po bolesnym upadku, obiegły świat. 85-latek musiał czekać na pomoc przez 7 godzin w trakcie ulewy.

Czekał 7 godzin na pogotowie

Podczas koszenia trawnika Keith Royles upadł wskutek czego, doszło do uszkodzenia stawu biodrowego. Córka mężczyzny wezwała pomoc. W odpowiedzi usłyszała, że schorowany senior musi czekać na karetkę od czterech do siedmiu godzin.

Choć z okien swojego domu widzi szpital Glan Clwyd, mężczyzna godzinami leżał na zmarzniętej ziemi w oczekiwaniu na pomoc. Córka 85-latka przyznała, że widok ojca w takim staniem "rozdziera serce".

Walijskie pogotowie ratunkowe przeprosiło mężczyznę i jego najbliższych tłumacząc długie oczekiwanie opóźnieniami. Choć dzwoniono po pomoc kilkukrotnie, zawsze rodzina Royles słyszała tę samą odpowiedź: "nie mogą pomóc".

Pierwsza pomoc - jak udzielić pierwszej pomocy?

"System jest zepsuty"

Tego feralnego dnia padał ulewny deszcz. Sąsiedzi Keitha, gdy dowiedzieli się, co się stało, ruszyli z pomocą. Zbudowali mu tymczasowe schronienie, jednak mężczyzna musiał leżeć na zmarzniętym betonie wiele godzin. W końcu po 7 godzinach dotarła pomoc.

Rodzina 85-latka nie kryła oszołomienia, kiedy dowiedziała się, że Keith nie zostanie zabrany do szpitala naprzeciwko swojego domu, lecz do innej, oddalonej o prawie 50 km placówki. - Nie winimy personelu, ale system jest zepsuty – powiedziała córka chorego na raka mężczyzny.

Do sprawy odniósł się dyrektor wykonawczy walijskiego pogotowia ratunkowego Lee Brooks, który przekazał wyrazy współczucia i wyjaśnił, że przyczyną zaistniałej sytuacji są opóźnienia w przekazywaniu pacjentów do szpitali. - Rozwiązanie problemu będzie wymagało wysiłku całego systemu – podkreślił.