Chcesz mieć lepiej? Płać dwa razy - absurdy opieki zdrowotnej

Anna Jarosz - artykuł pochodzi z miesięcznika "Zdrowie" | Konsultacja: Paulina Kieszkowska-Knapik,

Płacisz co miesiąc składki zdrowotne do NFZ, a gdy przyjdzie np. do wszczepienia endoprotezy, nie możesz po prostu dopłacić za taką, która ci będzie służyła do końca życia. W ramach ubezpieczenia możesz dostać implant, który trzeba wymienić za kilka lat. Chcesz lepszą? Zapłać pełną kwotę.

Ustawa o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, obowiązująca od 5 czerwca 2009 r., zawiera zapis, w którym czytamy, że pacjent ma prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających aktualnej wiedzy medycznej. Mówiąc inaczej, może oczekiwać, że w trakcie leczenia bądź diagnozowania będą wobec niego zastosowane najbardziej aktualne i sprawdzone metody postępowania medycznego. Niestety to jednak tylko teoria, bowiem w rzeczywistości każdego z nas leczy się tym, co jest, lub tak, jak na to pozwalają przepisy NFZ. Nie zawsze ma to związek z „aktualną wiedzą medyczną”.

Przez media niedawno przetoczyła się fala krytyki pod adresem Ministerstwa Zdrowia, które opowiedziało się za przedłużeniem kontraktu z prywatną kliniką operującą zaćmę, a w rzeczywistości za pacjentami, którzy mieli wyznaczone terminy zabiegów operacyjnych. Ale ta sprawa zwróciła uwagę opinii publicznej na wciąż nieuregulowany problem medycznych usług ponadstandardowych. Cóż to oznacza? Ano tyle, że w polskich warunkach pacjent nie ma prawa współdecydować o tym, jak będzie leczony. Nie może np. dopłacić, aby w klinice czy szpitalu wszczepiono mu w przypadku zaćmy lepszej jakości soczewkę, w przypadku wymiany stawu biodrowego lepszą endoprotezę itd. Albo bierzesz to, co daje NFZ, albo nie będziesz w ogóle leczony.

Kontrowersyjne dopłaty do leczenia

Wymiana soczewek likwidujących zaćmę za dopłatą wzbudziła emocje nieproporcjonalne do samego zjawiska. Przecież wielu z nas korzysta z ponadstandardowych, usług, chodząc do stomatologa, ginekologa, okulisty. Chodzimy tam za własne pieniądze, bo chcemy mieć plomby z lepszych materiałów, mieć prawidłowo pobraną cytologię, USG wykonane na nowoczesnym sprzęcie itd. Na to jest przyzwolenie, chociaż i te formy opieki medycznej gwarantuje NFZ. Pacjenci nie upominają się o swoją cząstkę składki. Może dlatego, że zwykle nie są to bardzo duże koszty. Ale gdy zachodzi konieczność przeprowadzenia operacji – proporcje się zmieniają. Mało kogo stać na sfinansowanie jej w całości. Przez lata istniała także praktyka dopłacenia przez pacjenta do leczenia ponadstandardowego.
NFZ tolerował takie oferty szpitali, zwłaszcza że większość z nich asekuracyjnie robiła to za pośrednictwem fundacji czy przez darowizny. Obecnie, pomimo braku zmiany przepisów, NFZ traktuje takie działania jako nielegalne, a szpitale, które decydują się na przyjmowanie dopłat, są karane albo tracą kontrakty.
Tymczasem wielu prawników uważa, że wybór leczenia ponadstandardowego jest prawem pacjenta. Jeśli chory doczeka się na zaplanowany u niego zabieg i chce dopłacić do tego, aby wszczepiono mu lepszej jakości protezę, lub chce chorować w lepszych warunkach, powinien mieć do tego prawo. Przecież nikogo nie wyrzucił z kolejki oczekujących, nikomu nie zaszkodził. Dlaczego więc odmawia się chorym prawa do zainwestowania we własne zdrowie?
Niestety, tezę o tym, że wybór metody leczenia to prawo pacjenta, neguje NFZ, który narzuca własne warunki leczenia. Jest monopolistą i może sobie na to pozwolić.

Ważne

System poza systemem

Źródłem całego zamieszania jest nieprecyzyjność koszyka świadczeń gwarantowanych. Mimo wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2004 r., który wyraźnie nakazał ustawodawcy dokonać wysiłku zdefiniowania, gdzie w ochronie zdrowia kończy się wsparcie państwa. Pomimo wprowadzenia w 2010 r. „koszyka” publiczny standard świadczeń nadal jest niedookreślony. A zatem nie wiadomo także, co jest leczeniem ponadstandardowym. Ale są dziedziny, gdzie granica jest widoczna, a mimo to NFZ i MZ nie akceptują dopłat. Np. normalny poród, opisany w standardach i „koszyku”, nie przewiduje znieczulenia, ale NFZ twierdzi, że jest ono gwarantowane. NFZ wycenił zapłatę dla szpitala za przyjęcie porodu na ok. 1700 zł, z czego samo znieczulenie kosztuje ok. 700 zł. Procedura jest niedoszacowana. Szpitale musiałyby ze swoich środków finansować znieczulenie, a nie mają na to pieniędzy. Pobierały zatem od pacjentek dopłatę.
Wprowadzenie zakazu dopłat przełożyło się na dyskomfort rodzących. Obecnie zamiast prawdziwego znieczulenia podaje się pacjentkom np. gaz rozweselający.
Nie ma na świecie systemu ochrony zdrowia, który mógłby zapewnić nieodpłatnie swoim obywatelom wszystkie usługi medyczne. Dlatego problem indywidualnych dopłat będzie wracał jak bumerang.
Kiedyś będziemy musieli określić, w jakiej dziedzinie, w jakich rodzajach zabiegów możliwe jest współfinansowanie przez pacjentów, aby we wspólnej kasie mieć pieniądze na skomplikowane operacje i na leczenie tych, którzy nie mają pieniędzy na dopłaty.

Składka zostaje u nas

Oburzenie pacjentów chcących „więcej” budzi i to, że jeśli pragną skorzystać z ponadstandardowej usługi medycznej, to muszą reperować zdrowie poza systemem NFZ.
Chcesz się lepiej leczyć, lecz się, ale składkę zdrowotna zostaw w NFZ. Pacjent nie ma możliwości otrzymania kwoty przewidzianej przez NFZ na daną procedurę i dopłacić różnicę. Jeśli chce lepszej usługi, wypada z systemu. Musi sam za wszystko zapłacić. Argument, że takie działanie sprzyja tylko ludziom bogatym, jest fałszywy. Każdemu łatwiej dopłacić część niż płacić za całość. Obowiązujący system dzieli ludzi. Bogatych będzie stać na płacenie z własnej kieszeni, biednych nie. Społecznie o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby więc wspieranie własnych dążeń prozdrowotnych obywateli, bo to stwarza także szansę na lepsze leczenie dla osób, które muszą liczyć każdy grosz.

Oczywiste rozwiązanie

Trudno dopatrywać się w dopłatach do świadczeń medycznych ukrytych i nieczystych celów. Przecież i Ministerstwo Zdrowia, i NFZ mogą kontrolować jakość świadczeń oferowanych „za dopłatą”, można regulować ceny, jak to jest w przypadku leków, można określić maksymalny poziom dopłat itd. Ale nie można negować rzeczywistości!
W aptece jesteśmy pytani, czy chcemy tańszy zamiennik, czy też chcemy dopłacić do droższego leku, i nikt się temu nie dziwi, nikt nie protestuje. Farmaceuta ma nawet obowiązek poinformować nas o takiej możliwości.
Niestety, w przypadku leczenia takiej możliwości już nie ma. Tymczasem zdrowiej byłoby, gdyby takie same zasady obowiązywały przy wymianie soczewek, wymianie stawów, zakładaniu gipsu, leczeniu zębów w ramach NFZ i wszelkich innych procedurach medycznych. Ustawa wyraźnie mówi, że rzeczy konieczne do danej operacji pacjent powinien mieć w ramach ubezpieczenia. I tak jest. Jeżeli pacjent może wybrać soczewkę, która oprócz zaćmy zlikwiduje mu także astygmatyzm, czy protezę stawu biodrowego, która wystarczy mu do końca życia, to dlaczego nie może z tego skorzystać, dlaczego państwo jest temu przeciwne? Co więcej, grozi obywatelowi, że jeśli chce lepszej usługi medycznej, traci prawo należne z tytułu comiesięcznej składki zdrowotnej. To jest ograniczenie prawa podmiotowego do ochrony zdrowia.

miesięcznik "Zdrowie"
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.
KOMENTARZE