Prof. dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz: Nie chciałem być lekarzem

2015-11-27 8:41

Zaczęło się niezbyt szczęśliwie. Po zdobyciu w 1980 roku dyplomu lekarza – przed terminem dzięki dobrym wynikom nauki i indywidualnemu tokowi studiów – Wojciech Maksymowicz, drugi w historii absolwent nowo powstałego II Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie nie miał żadnych szans na pracę w szpitalu akademickim. Powód? Tylko jeden: nie należał do partii, wtedy jedynej i słusznej.

Prof. dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz: Nie chciałem być lekarzem
Autor: archiwum prywatne prof. W. Maksymowicza Prof. dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz, neurochirurg
Profesor Maksymowicz
Autor: archiwum prywatne prof. W. Maksymowicza Medycyna uczy pokory, a każdy sukces przynosi radość.

Prof. dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz, wybitny neurochirurg, kierownik Kliniki Neurochirurgii Katedry Neurologii i Neurochirurgii, dziekan Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, pierwsze doświadczenia zdobywał w Centralnym Szpitalu Klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie, gdzie dzięki życzliwości wybitnego szefa neurochirurgii, prof. Lucjana Stępnia, i cichemu przyzwoleniu rektora, prof. Jerzego Szczerbania, nie do końca legalnie, bez zatrudnienia mógł odbyć bezpłatny staż.

Szerokie zainteresowania prof. Maksymowicza sprawiają, że nie ma on typowego dnia pracy. Wiele rzeczy robi jednocześnie. — Wstaję dość późno jak na lekarza, bo do kliniki przyjeżdżam dopiero około dziewiątej. Ale często jest też tak, że kładę się wtedy, kiedy inni wstają, bo natłok obowiązków tego ode mnie wymaga.

– To był jeden z lepszych szpitali w Warszawie – wspomina profesor. – Dobrze wyposażony. Wydawało się, że rozpoczęcie drogi zawodowej w takim miejscu pozwoli rozwinąć skrzydła. Niestety, szybko się przekonałem, że mimo starań wielu wspaniałych nauczycieli lekarzy, o wszystkim decydują partyjne układy. Naiwnie wierzyłem, że wiedza, fachowość i doświadczenie powinny się przekładać na pomoc niesioną pacjentom. Tak nie było. Na staże zagraniczne jechali nie ci, którzy mieli osiągnięcia naukowe, ale ci, którzy mieli tzw. układy. Wszystko, co w tamtych latach działo się w Polsce, wskazywało, że zmierzamy w złym kierunku, że polska medycyna oddala się od nurtów europejskich, nie mówiąc już o światowych, że na nic nie ma pieniędzy. Wielu utraciło ambicje i wystarczało im tkwić w określonych układach.

– Niemal fizycznie bolał mnie brak kontaktu ze światem – szczerze wyznaje profesor. – Niemożność wymiany doświadczeń, uczenia się od lepszych była trudna do zaakceptowania. Zdarzało się, że bywałem na zjazdach naukowych, ale nie dawało to satysfakcji. Coraz wyraźniej widziałem, że chociaż mamy dobrze wykształconych lekarzy i naukowców, od świata dzieli nas przepaść. Nie mogłem sobie kupić za granicą książek, bo bywało, że nie było mnie stać na butelkę wody mineralnej.

Życzenie babci

– Wybrałem medycynę, ale nie po to, aby ją praktykować – mówi profesor. – Już w szkole średniej miałem tak rozległe zainteresowania, że trudno mi było podjąć decyzję o wyborze studiów. Zawsze ciekawiła mnie bardzo biologia mózgu. Wygrałem olimpiadę biologiczną. I chyba wtedy postanowiłem, że zajmę się mózgiem, ale badawczo. Ale nie było to proste. Moja babcia marzyła, aby ukochany wnuk został lekarzem, najlepiej takim omnibusem, jak jej brat, który leczył wszystkich i ze wszystkiego. Wybrałem medycynę. Spełniłem marzenie, ale powiedziałem babci, że nie będę leczył, a zajmę się fizjologią, badaniami, nauką. Babcia przystała na ten układ.

Już na drugim roku studiów profesor zaangażował się w prace koła fizjologicznego. – Kiedy pierwszy raz usłyszałem z głośnika, jak za pomocą mikroelektrody włożonej do pnia mózgu zwierzęcia rejestrowane są czynności pojedynczych komórek nerwowych, czułem że jestem w świątyni nauki. Ta komórka rządzi pracą serca, ta decyduje o oddychaniu, no, po prostu magia, kosmos. Wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że dokonałem dobrego wyboru. Ale na trzecim roku coś mnie podkusiło i zacząłem uczęszczać na zajęcia koła neurochirurgicznego.

Połknąłem bakcyla bezpośredniej satysfakcji, obserwowania efektów skomplikowanych i ryzykownych operacji mózgu i rdzenia kręgowego. Nauka też wciąga, pracuje się nad czymś, są wyniki, jest publikacja. Koledzy doceniają to. Ale gdy widzi się dobre zmiany, jakie zachodzą u pacjentów, serce rośnie. Przychodzi wielka satysfakcja i duma. Wybrałem neurochirurgię, czyli chirurgię układu nerwowego.

Czas goryczy

Gdy ogłoszono stan wojenny, działalność w kołach naukowych była zakazana (i słusznie, dodaje z uśmiechem profesor, bo były to miejsca wymiany niepokornych myśli i kolportowania niepoprawnych politycznie ulotek). Zaangażował się w pracę w podziemnej "Solidarności".

– Nikt wtedy nie wyobrażał sobie, że może dojść do transformacji ustroju – mówi profesor. – Zaangażowałem się w działalność związkową i polityczną. Byłem też ministrem zdrowia. Mieliśmy dobre pomysły, szykowały się naprawdę istotne dla pacjentów zmiany. Nie wszystko się udało, ale to już inna sprawa. Wiele osób zarzuca profesorowi, że wypomina komunie różne zaniedbania: że decyzje polityczne opóźniały rozwój polskiej nauki, że lekarze zamiast uczyć się od lepszych, musieli eksperymentować na pacjentach, wyważać otwarte drzwi, krok po kroku dochodzić do technik operacyjnych, które w świecie były od dawna stosowane.

– Mam wszelkie prawa, aby głośno o tym mówić, ponieważ sam tego doświadczyłem – podsumowuje profesor. – Nie wszystkim ciążył reżim komunistyczny, ale ja do tej grupy nie należałem.

Moja neurochirurgia

– Kiedy zaczynałem pracę, dopiero wykonywano pierwsze próby operowania tętniaków tętnic mózgowych, jak ktoś doznał wylewu, to czekano dwa tygodnie. Jak przeżył, trafiał do jedynej kliniki w Warszawie, która się tym zajmowała, do kliniki przy Banacha, gdzie zaczęto leczyć takie stany poprzez podwiązywanie tętnic na szyi i oblewanie tętniaków masą plastyczną.

Mam wielką satysfakcję, że byłem świadkiem zmian w neurochirurgii.

Klinika wprawdzie miała angiograf, dzięki któremu można było zobaczyć naczynia mózgowe, ale pierwsze badania tomografii komputerowej wykonywano na moich oczach. Ta nowa metoda dawała zupełnie inne, nieznane nam możliwości: po prostu wreszcie, słabo bo słabo, ale widać było struktury mózgu. Obecnie dysponujemy jeszcze doskonalszymi narzędziami diagnostycznymi. Wiele lat temu neurochirurdzy zajmowali się tylko głową i mózgiem. Uczyliśmy się operować tętniaki, guzy mózgu i naprawiać szkody po urazach.

Kręgosłup zostawialiśmy innym, najczęściej ortopedom. Obecnie w mojej klinice 3/4 chorych to osoby cierpiące z powodu kręgosłupa. Musieliśmy się i tego nauczyć, bo takie są społeczne potrzeby, ludzie żyją coraz dłużej i pragną być sprawni, nie cierpieć z bólu. Operujemy też guzy mózgu, z których na szczęście połowa to zmiany łagodne.

Postęp w nauce kosztuje. Szpitale muszą mieć nowoczesną aparaturę, aby dobrze leczyć. Nie da się leczyć tylko dobrą wolą lekarzy i wyobraźnią pacjentów.

Są także inne, typowo neurochirurgiczne operacje. Zajmujemy się również chirurgią czynnościową, czyli leczeniem padaczki, bólu i spastyczności. Obecnie przygotowujemy bardzo ciekawy projekt wspólnie z kardiologami. Będziemy starali się oddziaływać poprzez rdzeń kręgowy na wydolność serca. To oczywiście kosztuje, ale zdrowie ludzkie nie może mieć ceny.

Kiedy ja się kształciłem, miałem do dyspozycji słuchawki, aparat do mierzenia ciśnienia i młotek. Pierwszy obraz z aparatu USG widziałem na oddziale ginekologicznym w warszawskim Szpitalu Bielańskim. Ślepiliśmy w ekran i ktoś opowiadał nam, co powinniśmy widzieć. A teraz oglądam zdjęcie mojego piątego już wnuka i zastanawiam się, jak bardzo jest podobny do dziadka.

Zawsze warto się starać

Na początku roku poruszenie w środowisku medycznym i wśród pacjentów wywołało ogłoszenie wyników leczenia chorych na stwardnienie zanikowe boczne (SLA) komórkami macierzystymi. – Przygotowywałem się do tego od 8 lat – mówi profesor. – Najpierw trzeba było zbudować zaplecze, laboratoria, w których będzie można izolować i namnażać komórki macierzyste.

Opracowana przez zespół profesora Maksymowicza terapia leczenia SLA komórkami macierzystymi polega na tym, że najpierw pobiera się szpik od chorego, potem w laboratorium zostają wyselekcjonowane mezenchymalne komórki macierzyste. Po ich wyodrębnieniu przez ok. 5 tygodni namnaża się je w laboratorium. Gdy jest ich odpowiednio dużo, podaje się je do okolicy rdzenia kręgowego pacjenta. Chory przebywa w szpitalu jeden dzień.

– Los pierwszych chorych leczonych tą metodą potoczył się różnie – dodaje profesor. – U niektórych udało się spowolnić postęp choroby, co na szczęście dotyczy większości chorych, ale niektórzy zmarli. W ramach jednego z grantów profesor współpracuje z kliniką Budzik. Przygotowuje się do wykorzystania komórek macierzystych do wybudzania dzieci. – Działanie jest inwazyjne – podkreśla profesor. – Nie tylko my musimy się do tego dobrze przygotować, ale także rodzice, którzy wyrażą, bądź nie zgodę na wszczepienie komórek macierzystych. To delikatna sprawa, bo rodzice tych dzieci już wiele razy zawiedli się na medycynie. Oczekiwali, że dzieci się wybudzą, a przyszło rozczarowanie. Ja nie lubię i nigdy nie daję złudnych nadziei swoim pacjentom. To wielka niewiadoma, bo nie mamy doświadczenia, nie wiemy, czego się spodziewać, czego oczekiwać. Ale są szanse, więc trzeba próbować. Liczymy na to, że neurostymulujące właściwości podanych komórek macierzystych pomogą komórkom macierzystym pacjenta, by te stały się bardziej aktywne.

Apetyt profesora na szukanie nowych rozwiązań w neurochirurgii stale rośnie.

– Nie jestem w stanie sam wszystkiego zrobić – mówi z przekonaniem. – Dlatego zachęcam młodszych kolegów, aby zainteresowali się problemami, które także mnie ciekawią. Mam doskonały zespół. To ludzie ciekawi świata i medycyny, zaangażowani, mądrzy. Z nimi pewnie się uda jeszcze wiele osiągnąć. Marzę o tym, aby polska nauka nie ciągnęła się w ogonie świata, aby była wzorem dla innych.

Zdaniem eksperta
Prof. dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz

Wojciech Maksymowicz o sobie

  • W dzieciństwie chciałem być...

Łatwiej mi powiedzieć, kim nie chciałem być, czyli lekarzem. A chciałem być wojskowym, bo toczyłem bitwy, dyrektorem, historykiem, pisarzem, aktorem, reżyserem, malarzem. A najmniej chciałem być lekarzem.

  • Moje trzy ulubione książki to...

"Krzyżacy", którą czytała mi babcia, Trylogia i cykl powieści historycznych Kenna Foleta.

  • O medycynie jako drodze zawodowej pierwszy raz pomyślałem...

Dopiero na trzecim roku studiów medycznych.

  • Moimi mentorami, przewodnikami w czasie studiów i podczas pierwszych lat pracy byli...

Prof. Andrzej Trzebski, szef katedry fizjologii człowieka Akademii Medycznej w Warszawie, jego dwóch najbliższych współpracowników – prof. Lipski i prof. Szulc. Później, gdy zacząłem pracować – prof. Stępień i prof. Jan Nielubowicz. Moim nauczycielem był też prof. Jerzy Bidziński, który nauczył mnie podstaw klasycznej neurochirurgii i zainteresował neurochirurgią czynnościową. W latach 90. postacią, która mi imponowała, był prof. Zbigniew Religa.

  • Najważniejsze dla lekarza jest...

Wiedza, myślenie, umiejętności i poczucie odpowiedzialności. Mądrość wymaga, aby pracować zespołowo, bo tylko wtedy można mieć osiągnięcia. To nie są czasy na gwiazdorstwo.

  • Dobry lekarz powinien...

Nie bać się słowa "służba". Nieraz polemizowałem ze związkowcami, którzy powtarzali, że nie chcą być nazywani służbą zdrowia, a ochroną zdrowia. Ale to jest służba, która wymaga bycia dla innych ludzi. Nie zastanawiam się, na czym siedzę, w jakim otoczeniu i kto mnie wachluje. Skupiam się na tym, co mam zrobić, jak mogę pomóc choremu człowiekowi.

  • Po pracy najchętniej...

Śpię.

  • W życiu staram się być...

Odpowiedzialny i usystematyzowany w działaniach, bo inaczej zginąłbym w gąszczu obowiązków.

  • W pracy nie toleruję...

Głupoty. Nie toleruję też nieuczciwej rywalizacji.

  • Gdybym nie został lekarzem, byłbym...

Odsyłam do pierwszej odpowiedzi.

  • Jestem szczęśliwy, gdy...

Zrobię operację i pacjent jest zadowolony. Im trudniejsza operacja, tym większa satysfakcja. Medycyna uczy pokory, a każdy sukces przynosi radość. Szczęście daje mi też osiągnięcie celu, zrealizowanie projektu, nad którym pracowałem kilka lat.

miesięcznik "Zdrowie"