Nowotwór i ciąża? Ta historia może mieć szczęśliwe zakończenie!

2019-05-27 9:34 Anna Jarosz - artykuł pochodzi z miesięcznika "Zdrowie"

Zawadiacka, fioletowa czupryna i niezwykle piękne oczy. To widzisz, kiedy pierwszy raz spojrzysz na Emilię. Emanuje z niej ciepło i radość życia, jakby chciała celebrować każdą chwilę, wziąć z niej to, co najlepsze, najciekawsze, najcenniejsze. W 2013 roku, gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, radość była ogromna. Później jednak przyszła też choroba...

Kiedy Emilia zaczyna mówić, trudno jej przerwać. Swój życiorys przedstawia niezwykle zwięźle: – Mieszkam
w Mińsku Mazowieckim, pracuję w szkolnym internacie z młodzieżą. Mam dwóch synów: siedmioletniego Gabrysia i dwuletniego Julianka. Mam ogólnie udane życie. Kochającego męża Bogdana, wspaniałych rodziców, sprawdzonych przyjaciół i mnóstwo życzliwych osób wokół siebie. Wywodzę się z rodziny głęboko wierzącej w Boga. Mam oboje rodziców, sześcioro rodzeństwa, a więc jesteśmy dla siebie dużą grupą wsparcia. Trochę mi tylko zabrakło zdrowia...

W październiku 2013 roku Emilia dowiedziała się, że jest w ciąży. Radość w rodzinie była ogromna, jako że to było zwieńczenie rocznych starań o drugie dziecko. Pierwszy miesiąc ciąży przebiegał bez zakłóceń, chociaż zmiany
hormonalne sprawiały, że miała bardzo nabrzmiałe piersi. W drugim miesiącu burza hormonalna przycichła i podczas kąpieli Emilia wyczuła w lewej piersi niewielki guzek.

– Nie martwiłam się, ponieważ pół roku wcześniej byłam na USG piersi i wszystko było dobrze. Ale poszłam zbadać tę zmianę – wspomina. – Lekarka powiedziała, że zmiana wygląda na łagodną, lecz dla pewności trzeba zrobić biopsję cienkoigłową.

Czytaj też: 

Rak piersi: operacje oszczędzające piersi

Mastektomia: rodzaje

Rak piersi wcześnie wykryty może być całkowicie wyleczony

Wynik był dobry, zmiana łagodna, kontrola za trzy miesiące. Ale dociekliwa bratowa Emilii chciała, aby tę diagnozę potwierdzić.

Emilia zgłosiła się do Centrum Onkologii na warszawskim Ursynowie. Tu trafiła pod opiekę dr. Jerzego Giermka.

– Doktor przejrzał moje wyniki, zbadał mnie i stwierdził, że nie wszystko się zgadza – opowiada Emilia. – Tłumaczył, że zmiany lite są podejrzane, że u ciężarnych nie robi się biopsji cienkoigłowej, bo ta jest niemiarodajna. Trzeba było wykonać biopsję gruboigłową. Kiedy szłam na badanie, miałam złe przeczucia. Wyniki były po dwóch tygodniach.

– "To nowotwór złośliwy", powiedział doktor. "Konieczna jest amputacja piersi, a po niej chemioterapia". 

Rak i ciąża

Wśród ciężarnych chorych na raka najczęściej występuje rak piersi. To nowotwór najtrudniejszy do wykrycia w tym okresie życia kobiety, ponieważ ciąża maskuje jego objawy. Na drugim miejscu znajdują się nowotwory ginekologiczne. 

Rozczarowanie, złość, wściekłość to uczucia, które Emilia świetnie pamięta z tamtego czasu. Ale nie zamierzała się poddać.

– Umówiłam się w szpitalu przy Madalińskiego w Warszawie, który specjalizuje się w leczeniu nowotworów u kobiet w ciąży – mówi. – Musiałam trafić do placówki, w której w razie potrzeby specjaliści będą mogli pomóc nie tylko mnie, ale także mojemu dziecku. To było 7 marca 2014 r.

Operację zniosłam dobrze, ale martwiłam się, bo dziecko się nie ruszało. Na szczęście po badaniu okazało się, że wszystko jest w porządku.

Rak Emilii okazał się hormonozależny. Wykryto u niej również mutację genu BRCA1. Lekarze zdecydowali, że podawanie chemii rozpoczną najszybciej, jak to możliwe.

– Dobrze znosiłam kolejne wlewy – opowiada Emilia. – Miałam mdłości, bóle brzucha. Ale to nie było takie straszne. Dołowały mnie spojrzenia i pytania innych pacjentek: "A co pani tu robi?". "Mam raka". "Ale jest pani w ciąży". "No, jestem". "A to dziecku nie zaszkodzi?".

A we mnie narastał lęk, że może rzeczywiście zaszkodzi... Tak przeszłam cztery chemie. Ciążę donosiłam do 37. tygodnia. Poród musiał się odbyć nieco wcześniej, aby zdążyć między jedną a drugą chemioterapią. Udało się. Julianek urodził się zdrowy i silny. Dostał 10 punktów, pomimo że był przecież wcześniakiem.

Pół roku po zakończeniu leczenia Emilia zaczęła się starać o rekonstrukcję piersi, ponieważ nie można było jej przeprowadzić bezpośrednio po amputacji. Pragnęła zrobić to jak najszybciej, aby móc wrócić do normalnego życia. Chciała kupować sobie ładną bieliznę, nie wstydzić się podczas kąpieli czy zbliżeń z mężem.

– W związku z mutacją genu BRCA1 podjęłam też trudną decyzję o profilaktycznej amputacji zdrowej piersi, aby zminimalizować ryzyko nawrotu choroby – mówi. – Trzy zabiegi pozwoliły zrekonstruować lewą pierś, a dwa kolejne potrzebne były, by amputować i zrekonstruować drugą. Był to ciężki rok, częste rozłąki z dziećmi,
ból po kolejnych operacjach, rehabilitacje, zagryzałam zęby i nie odpuszczałam, bo chciałam uporządkować swoje sprawy zdrowotne i zamknąć ten rozdział.

Czytaj też:

Rak piersi: rodzaje, profilaktyka, diagnostyka i leczenie

Rak piersi: leczenie. Jak przebiega leczenie raka piersi?

Rak piersi u mężczyzn: przyczyny, objawy, leczenie i rokowania

Ale podczas jednej z wizyt kontrolnych zwierzyła się lekarce, że boli ją coś pod pachą. Dokładne badanie wykazało, że pod pachą rzeczywiście jest niepokojące zgrubienie. Najpierw było USG, które nie rozwiało wątpliwości. Trzeba było wykonać biopsję. Znów trafiła do doktora Giermka, ale lekarz nie miał dobrych wiadomości.

– Gdy usłyszałam od lekarza: "to przerzut", byłam wściekła na niego: "Jak to? Taka diagnoza bez badania, tylko po badaniu palpacyjnym?". Nie zgadzałam się na to. Przecież miało być inaczej. Dziecko odchowane,
wróciłam do pracy. A tu co? Półtora roku od zakończonego leczenia przerzuty?

Okazało się. że usunięcie węzła wartowniczego, który był wolny od komórek nowotworowych, nie wystarczyło. Gdzieś coś zostało. Taka sytuacja zdarza się w zaledwie 5% przypadków.

Emilia wróciła do szpitala przy Madalińskiego, gdzie była już operowana. Dr Aleksandra Starościak sama wykonała biopsję, by mieć pewność, że materiał będzie dobrze pobrany. Wyniki były niejednoznaczne. Lekarka zleciła badanie PET – świeci się węzeł w lewej pasze. Trzeba operować.

– Rozpadam się, tracę wiarę w Boga, bo nie widzę w tym wszystkim sensu ani Bożego miłosierdzia – wspomina Emilia. – Koleżanka w pracy namawia mnie na udział we mszy świętej prowadzonej przez ojca Witko o uwolnienie i uzdrowienie. W trakcie mszy płaczę i żarliwie się modlę o zdrowie, wiarę, ufność w plan Boży, miłość i wybaczenie doznanych krzywd. Ogarnia mnie spokój i pewność, że Bóg o mnie nie zapomniał i że mnie uzdrowił, jeśli nie na ciele, to na pewno na duszy.

W trakcie operacji lekarka usunęła jeden węzeł chłonny i zleciła badanie śródoperacyjne. Jeżeli wstępna diagnoza potwierdzi się, konieczne będzie usunięcie wszystkich.

– Kiedy się wybudziłam i powiedziano mi, że wszystkie węzły zostały usunięte, wiedziałam, że przede mną kolejne starcie, kolejna bitwa, ale postanowiłam, że będę wysoko trzymać gardę. Teraz mam za sobą
10 kursów chemii, a czeka mnie jeszcze 6.

Mając w  pamięci doświadczenia z pierwszej terapii, która spowodowała utratę włosów, chciała tego uniknąć. Nie tylko dlatego, że zbliżał się w rodzinie ślub i pragnęła mieć własne włosy, ale i dlatego, że miała przed sobą
wakacje... a w peruce źle się pływa w jeziorze. Prawdziwy powód walki o zachowanie włosów był o wiele poważniejszy.

Gdy po pierwszej chemioterapii włosy zaczęły wypadać garściami, Emilia poprosiła męża, aby ogolił jej głowę. Świadkiem tego był ich starszy syn, Gabryś. Był przerażony. Prosił tatę, aby nie ścinał mamie włosów, a kiedy
nie mógł temu zaradzić, odszedł spłakany.

Od tego dnia, choć taki był rodzinny rytuał, nie chciał, aby mama czytała mu wieczorem bajeczki. Zapytany, dlaczego, odpowiedział: "Boję się mamy". Gabryś prosił, aby w domu nosiła chustkę, bo było to dla niego mniej przykre niż widok łysej głowy mamy.

– Tłumaczyłam, że biorę leki, od których wypadają włosy, ale jak przestanę je przyjmować, to włosy odrosną. Przyjmował to tłumaczenie, ale trochę stronił ode mnie. Na Zachodzie kobiety, które otrzymują chemioterapię, zakładają na głowę specjalne czapki, które schładzają skórę głowy do - 5°C, co pozwala zachować większość
włosów. W Polsce metoda ta dopiero raczkuje. Ale Emilia sama przygotowała sobie stosowną czapeczkę.

– Ku radości i zaciekawieniu pacjentów przyjmuję kolejną chemię, siedząc w czepku wypełnionym lodem. – Ale włosy nadal są. Cieszy mnie to, bo niebawem wybieramy się z mężem na wesele mojej siostry Uli. 

Czytaj też:

Mammografia: wskazania i przebieg badania

USG piersi: badanie profilaktyczne wykrywające raka piersi

Biopsja piersi, czyli precyzyjna diagnostyka zmian w piersi

Boskie Matki

Każdego roku wzrasta liczba kobiet w ciąży chorujących na raka. Dzieje się tak na całym świecie. Przyczyn tego zjawiska upatruje się w coraz późniejszym macierzyństwie oraz rosnącej z wiekiem skłonności do nowotworów.

Szacuje się, że ciąża z chorobą nowotworową występuje u 0,5-1% ciężarnych. Większość kobiet w ciąży, u których diagnozuje się chorobę nowotworową, słyszy, że powinna usunąć ciążę i poddać się leczeniu, bo "ciąża żywi raka".

Jednak badania naukowe i doświadczenia specjalistów jednoznacznie wskazują, że w ciąży można się leczyć onkologicznie i urodzić zdrowe dziecko. Pierwszą Polką, która tego dowiodła, była w 2009 r. Magda Prokopowicz. To ona wymyśliła ideę Boskich Matek, kobiet, u których w czasie ciąży lub do roku od jej rozwiązania zdiagnozowano nowotwór.

Boskie Matki to także opracowany przez Fundację Rak’n’Roll, program kompleksowej opieki nad kobietami w ciąży, u których wykryto raka. W ramach programu kobiety z całej Polski mogą otrzymać bezpłatną pomoc onkologa, ginekologa-położnika, neonatologa, psychologa, dietetyka i rehabilitanta. 

Z Fundacją skontaktujesz się pod mailem: biuro@raknroll.pl

Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

W numerze 10/2019 "Zdrowia" kreatywne podejście do seksu, podstępna borelioza, nowe terapie nowotworów, komu grozi cyberchondria, leki szkodzące urodzie, probiotyki w kiszonkach. Miesięcznik "Zdrowie" to pakiet rzetelnej wiedzy i sprawdzonych porad!

Dowiedz się więcej
Miesięcznik Zdrowie 10/2019
KOMENTARZE