Oswajanie śmierci - jak poradzić sobie ze starością i umieraniem

Nie umiemy mówić o śmierci, choć jest przecież najbardziej intymnym, a zarazem najbardziej naturalnym wydarzeniem w życiu człowieka. Nie ma jednak w tym naszej winy.  Jak kruche jest życie, uświadamia nam tak naprawdę wiadomość o nieuleczalnej chorobie. Po szoku pojawia się niewiara w lekarską diagnozę: To musi być pomyłka!

Ojciec cały czas udawał, że dobrze się czuje. Nie przyznawał się do bólu. Nie chciał nas martwić. Wiedział, że umiera, ale nie udało nam się o tym porozmawiać - te słowa córki pacjenta hospicjum mogłoby powtórzyć wielu z nas.
Dawniej ludzie umierali w domu, w otoczeniu bliskich. Żegnali się z nimi, godzili, przekazywali swoją wolę. Przy łożu śmierci stawali krewni i sąsiedzi. Był czas na czuwanie, modlitwę, ważne gesty. Dzisiaj śmierć została odarta z majestatu, wypchnięta z naszego życia jak coś wstydliwego. Często ma miejsce w szpitalu pod nieobecność rodziny, a my nie wiemy, jak się wobec niej zachować. Nie umiemy mówić o śmierci - najbardziej intymnym, a zarazem naturalnym wydarzeniu w życiu człowieka. Nie ma w tym naszej winy. Rozwój cywilizacji sprawił, że straciliśmy bezpośredni kontakt z przyrodą, a tym samym możliwość obserwowania jej rytmu. Zmienił się model rodziny. Najczęściej nie obserwujemy z bliska, jak starzeją się i umierają nasi dziadkowie, pradziadkowie. Śmierć jest więc dla nas czymś zupełnie nowym, niezrozumiałym i strasznym. A mimo to trzeba mówić o niej. Pracownicy hospicjów opiekujący się umierającymi twierdzą, że nie powinien to być w naszych domach temat tabu. Najlepiej oswajamy się z umieraniem, gdy o nim rozmawiamy. Pomagamy w ten sposób odchodzić naszym bliskim. I paradoksalnie, sami właśnie dzięki śmierci odnajdujemy głębszy, prawdziwy sens swojego życia.

Memento mori - śmierć dotyczy każdego

Ludziom młodym i w pełni zdrowym śmierć wydaje się tak odległa, że aż nierzeczywista. Wszyscy w głębi duszy łudzimy się, że nigdy nie nastąpi. O kruchości życia przypomina dopiero tak naprawdę nieuleczalna choroba. Na pierwszy plan wysuwa się ciało, bo od niego zależy nasze być albo nie być. Reszta jest nieważna. Choroba ciała staje się źródłem lęku przed bólem, niedołężnością, samotnością, sądem ostatecznym. Jedni mają odwagę mówić o tym wprost, inni sądzą, że taka rozmowa przybliży ich do śmierci, i unikają jej.

Od buntu do akceptacji śmierci

Nagła wiadomość o nieuleczalnej chorobie powoduje, że człowiek doznaje szoku, jest zdezorientowany. Zaraz potem zaczyna zaprzeczać wszystkiemu, co mówią lekarze: - To jakaś pomyłka. Niemożliwe, żebym był tak poważnie chory. Powoli jednak okrutna prawda zaczyna docierać do jego świadomości. Narasta złość przeciwko całemu światu, również przeciwko sobie. Chory nie potrafi zaakceptować własnej ułomności, utraty pozycji w rodzinie i firmie. - Niektórzy pacjenci dowiadują się o chorobie nowotworowej z dnia na dzień i tak samo szybko muszą zrezygnować z pracy - mówi Sławomira Woźniak, psycholog w Archidiecezjalnym Zespole Domowej Opieki Paliatywnej. - Szczególny gniew odczuwają mężczyźni będący na kierowniczych stanowiskach. Nie potrafią pogodzić się z faktem, że świat rządzi się innymi prawami niż te, które oni ustanowili. Że nieodłącznymi elementami życia są cierpienie i śmierć. Po pewnym czasie chory rezygnuje jednak z buntu i zaczyna się targować. Próbuje odwlec moment śmierci - do ślubu córki, do narodzin wnuka. Potem przestaje wierzyć w sens tych zabiegów i wpada w depresję. Nie chce przyjmować leków, jeść. Wreszcie dojrzewa do akceptacji choroby i śmierci. I o dziwo, to mu daje spokój. Staje się życzliwy dla otoczenia i samego siebie. Zaczyna nawet cieszyć się chwilą. - Pewna młoda kobieta znalazła największe szczęście w przyglądaniu się swoim dzieciom - opowiada Sławomira Woźniak. - „Tylko sobie siedzę i na nie patrzę. Nic więcej mi nie potrzeba” - zwykła mawiać. Ten rodzaj dystansu jest niemal nieosiągalny dla ludzi zdrowych.

Oswajanie śmierci poprzez rozmowę z osobą chorą

Rzadko odwiedzamy konających przyjaciół czy sąsiadów. Uważamy, że przecież nie wypada; że w takich momentach chory powinien pozostać sam na sam z rodziną. W konsekwencji nie mamy pojęcia, jak się zachować, co mówić, kiedy umierającym jest ktoś spośród naszych najbliższych. - W takiej sytuacji rodzina musi się dopiero nauczyć postępowania ze śmiertelnie chorym - mówi ksiądz Andrzej Dziedziul, dyrektor Ośrodka Hospicjum Domowe. Najczęściej otoczenie jest tak samo przerażone jak chory. Nie chce go zranić. Omija temat śmierci. Próbuje utrzymać prawdę w tajemnicy. Zdarza się również, że obie strony są świadome beznadziejności sytuacji, ale nie mówią o tym, żeby nie sprawiać sobie wzajemnie przykrości. Rozmowę zastępuje nieustannie powtarzane pytanie: „jak się czujesz?”. To rodzaj ucieczki przed problemem.

Oswajanie śmierci: życie z wiedzą o nadchodzącej śmierci

Wydawałoby się, że czas od wyjścia ze szpitala jest dla śmiertelnie chorego tylko czekaniem na koniec. „Przykro mi, ale nic się już nie da zrobić”. Te słowa lekarza wielu pacjentów traktuje jak wyrok. Do jego wykonania pozostaje zwykle jeszcze kilka miesięcy, tygodni, dni. Bywa, że ostatnie miesiące czy tygodnie życia stają się niezwykle cennym i pięknym okresem. Jest wreszcie okazja, by spotkać się z dawno nie widzianym krewnym, przebaczyć sąsiadowi, uporządkować sprawy majątkowe, zrzucić z serca dręczącą tajemnicę. To wszystko chory może zrealizować właśnie za pośrednictwem bliskich. Nie dokona tego, jeśli nie przełamią wspólnie bariery milczenia na temat śmierci.

Żal za życiem jest odczuwany przez umierających bez względu na wiek. Staruszek równie mocno broni się przed śmiercią jak nastolatek. Zdarza się jednak, że ludzie starsi mają poczucie spełnionego życia i z niecierpliwością oczekują końca, modlą się o jego rychłe nadejście, są przygotowani. Cieszą się na myśl o spotkaniu zmarłych członków rodziny, przyjaciół. Być może poszczególne etapy reakcji na chorobę (szok, bunt, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja) rozciągają się u nich w czasie. Być może niektórzy starsi ludzie przechodzą je znacznie wcześniej, bo przeżyli już śmierć kogoś innego albo nie przechodzą ich w ogóle. Bez wątpienia jednak bardziej u siebie czują się wśród zmarłych niż wśród żywych.

Ważne

- Babcia umarła, kiedy byłam na praktykach studenckich - wspomina 40-letnia Joanna. - Przyśniło mi się, że zabrała mnie na ciastka, usiadłyśmy je zjeść na ławce w parku, a ona powiedziała, że to pożegnanie, bo nigdy razem nie pójdziemy na coś słodkiego. Rano zadzwoniłam do domu. Wiedziałam, że stało się coś złego. Wierzę, że babcia naprawdę przyszła się ze mną pożegnać.

Oswajanie śmierci: żałoba zwykle trwa około roku

Śmierć najukochańszej osoby to nie koniec, ale początek bólu dla tych, którzy zostali. Żałoba ma rozmaite objawy i fazy. Niczemu nie można się dziwić, każdy reaguje po swojemu. Niektórzy płaczą, inni nie znajdują w tym ulgi, wiele osób odczuwa fizyczny ból i choruje. Bywa, że ludzie rzucają się w wir pracy, aby zmęczyć się i nie myśleć. Dawniej uważano, że przez trzy dni po śmierci dusza zmarłego przebywa w domu. Ale nasi zmarli nigdy od nas nie odchodzą, są obecni w myślach, wracają w snach. Pocieszamy się, że kiedyś się spotkamy w świecie bez bólu i cierpienia.

- W przypadku choroby nowotworowej żałoba po zmarłym zaczyna się jeszcze przed jego śmiercią - mówi Maria Bogucka, psycholog w Ośrodku Hospicjum Domowe. - Rozpaczy towarzyszy całkowita dezorganizacja życia. Podczas żałoby trzeba je uporządkować na nowo. W polskich warunkach trwa to zwykle od pół roku do dwóch lat. Ale obecność zmarłego jest odczuwana przez bliskich znacznie dłużej. Jeśli jednak wracają oni w tym czasie do codzienności: pracy, szkoły, domowych obowiązków, nie ma powodu do niepokoju. Gorzej, jeżeli jeszcze po dwóch latach osoba osierocona nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Powinna się zgłosić do specjalistów, którzy poradzą jej, jak nauczyć się żyć.

miesięcznik "Zdrowie"
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.
KOMENTARZE
Kasia
|

Mój tata zmarł 22 października. Nadal jest mi ciężko, nie mogę go już odwiedzać w szpitalu, dzwonić. brakuje mi jego głosu. Jedyne pocieszenie jest takie ze zawał dostał w Anglii( u nas by go nie uratowali) i dzięki temu zyskał 2 lata i 3 miesiące. Stan był ciężki przez ten czas, było kilka sytuacji , ze lekarze nie dawali mu szans. W sierpniu odrzucono go z przeszczepu serca i tu zaczęły się schody podłamał się, przestał walczyć. lekarz przy nim oznajmił ze umrze. Jak tak można, nie rozumiem podejścia lekarza Umarł w szpitalu, nie podłączono go do respiratora żebyśmy mogli się pożegnać. W szpitalu wiedzieli od godziny 7.00 rano że umiera. Zgon nastąpił o 8.00 dlaczego nikt nie zadzwonił. NIE rozumiem. Mama spędzała w szpitalu całe dnie, ja przyjeżdżałam często mimo odległości 400 km. w szpitalu powiedzieli że i tak by jej nie wpuścili bo wizyty są od 12.00. czuję niemoc, jest mi trudno, jest to straszne uczucie pustki. I czasu którego było tak mało tata zmarł w wieku 55 lat.

Piotr
|

Moja mama odeszła nagle 18 maja 2014 roku w wieku niespełna 74 lat. Bardzo mi brakuje emocjonalnego bezpieczeństwa, jakie dawała jej obecność w moim życiu ale wierzę, że już nic ani nikt jej nie grozi i to mnie koi...Mamo jesteś WIELKA, a ja ciągle taki mały...Szczęśliwego nowego życia MAMO i do zobaczenia ;)

das
|

Zwyczajnie go nie ma .. rozmnażanie się ot co.... taniec, miłość, uczucie , świadomość - to wynik i potrzeba ewolucji .

Ania
|

widzę Cię... jesteś wielki.

damianos
|

Szczerz Pani współczuje. Ja sam czasami tego najzwyczajniej w świecie nie ogarniam. Ja tylko słyszę od rodziny, że czas czasami na mnie a ja mam 38 lat. Usłyszałem Twoje kuzynostwo już nie żyje. Zgnęli w wypadkach samochodowych. Czasami człowiek jest taki sam, że aż boli. Fakt sam się zastanwaim co tu robię a technika laptop mnie dobija i brak pracy i samotność. Ale próbuję się pocieszyć i Panią. Ja jeszcze walczę o siebie i Pani też proponuję to samo.

joanna
|

Jesteście szczęściarzami ,że macie przynajmniej miłe wspomnienia,bo ja tylko traumatyczne,moi rodzice niestety obydwoje pili,najpierw patrzyłam jak powoli unicestwia się ojciec,umierał kilka lat,a teraz mama ma nieuleczalną neurologiczną chorobę, dosłownie z dnia na dzień staje się niepełnosprawna,nieporadna była całe życie,nigdy mnie nie wspierała,bo ważniejszy był alkohol i jej chandry.

marcia
|

Moja mamusią odeszła na raka miała 49 lat brakuje mi jej p

ola
|

Mój tata zamarł 23.maja 2014 roku od tamtej pory czas się dla mnie zatrzymał.Nie mogę sobie z tym poradzić. Najgorsze w tym wszystkim było to ze odszedł nagle. Pamiętam jak dziś jak rozmawialiśmy, śmialiśmy się a następnego dnia dostałam telefon od brata, że tata odszedł. Szok, rozpacz i co dalej?????
Od tamtej pory na niczym mi nie zależy, nie potrafię się z niczego cieszyć, brak mi go. Wspólnie mieliśmy opić moje 30-te urodziny, a jego już nie ma nie doczekał ich, a ja za nim tęsknie

Córka
|

Moja mama odeszła niecałe pięć lat temu. Była dla mnie przyjaciółką, Mamą wszystkim, Odeszła cztery miesiące przed moim ślubem. Tak się na niego cieszyła. Odkąd jej nie mam moje życie straciło barwy, niby wszystko jest podobne tylko jakieś takie wyblakłe. Była jeszcze młoda miała 59 lat. Nie potrafię do dziś się otrząsnąć po jej stracie. Czy kiedyś mi się to uda?

zosia
|

Mój mąż zmarł 2 lata temu....nie mieliśmy dzieci...choroba przyszła nagle 5 lat po ślubie...mieliśmy plany, marzenia...choroba nie dala nam wiele czasu... po roku od diagnozy odszedł...gdyby nie psycholog, nie wiem jak bym dała rade. nadal chodzę na terapie...ale mam plany, wróciły marzenia...