Siostra podarowała mu życie w kilku mililitrach krwi. Matthew Farrow od 38 lat udowadnia siłę medycyny

2026-05-12 11:18

Październik 1988 roku, Paryż. W sterylnej sali szpitala Saint-Louis, oddzielony od świata plastikową barierą, pięcioletni Matthew Farrow czeka na wyrok lub cud. Jego ciało, wyniszczone przez rzadką chorobę genetyczną, odmawia posłuszeństwa. Rodzice, którzy przyjechali z Karoliny Północnej do Francji, nie znają języka, nie rozumieją szeptów personelu, ale czują ciężar chwili. To tutaj, w sercu Europy, ma się wydarzyć coś, co medycyna uzna za swój „moment lądowania na Księżycu”. Po raz pierwszy w historii lekarze chcą przetoczyć dziecku krew pępowinową, która dotąd lądowała w koszu na odpady medyczne.

Matthew Farrow oraz prof. Eliane Gluckman podczas spotkania prasowego, ubrani w słuchawki, siedzą na zielonych krzesłach w sali konferencyjnej, gdzie na dużym ekranie w tle widnieje data „6 MAJA”. Na portalu Poradnik Zdrowie można znaleźć więcej informacji na temat Matthew Farrowa.

i

Autor: Katarzyna Hubicz Matthew Farrow oraz prof. Eliane Gluckman podczas spotkania prasowego, ubrani w słuchawki, siedzą na zielonych krzesłach w sali konferencyjnej, gdzie na dużym ekranie w tle widnieje data „6 MAJA”. Na portalu Poradnik Zdrowie można znaleźć więcej informacji na temat Matthew Farrowa.

Dramatyczna walka z „wrogiem wewnątrz”

Historia Matthew Farrowa nie zaczęła się od wielkich odkryć, ale od lęku matki. Gdy Matt miał zaledwie 2,5 roku, jego ciało zaczęło wysyłać niepokojące sygnały. Pojawiły się poważne problemy żołądkowo-jelitowe, utrata apetytu i charakterystyczne zmiany zabarwienia skóry.

 – Moja mama, która była pielęgniarką, zauważyła, że jest coś nie tak – wspomina po latach Matthew.

 Diagnoza postawiona w Duke University Hospital była bezlitosna: niedokrwistość Fanconiego. To rzadka, genetyczna choroba, w której upośledzenie naprawy własnego DNA prowadzi do postępującej niewydolności szpiku kostnego. Organizm produkuje coraz mniej czerwonych krwinek, płytek i białych krwinek, co czyni pacjenta bezbronnym wobec infekcji i krwotoków.

Choroba niesie też ze sobą widmo nowotworów, które towarzyszy choremu przez całe życie. W tamtych czasach diagnoza ta oznaczała śmierć w bardzo młodym wieku.

Jedyną nadzieją był przeszczep szpiku, ale znalezienie idealnego dawcy graniczyło z cudem. Wtedy pojawili się wizjonerzy: dr Hal Broxmeyer, pionier badań nad komórkami macierzystymi, oraz dr Joanne Kurtzberg. Zaproponowali coś, czego nie sprawdzono jeszcze nigdy w praktyce klinicznej: wykorzystanie krwi pępowinowej od młodszej siostry Matthew, która urodziła się zdrowa i wolna od wady genetycznej zaledwie cztery miesiące wcześniej.

Ponieważ w USA procedury te nie były wówczas przeprowadzane, rodzina podjęła desperacką decyzję o locie do Europy.

Misja w Paryżu: „Musiałem chorować sam”

Za procedurę odpowiadała prof. Eliane Gluckman, wybitna francuska hematolożka. Po latach w trakcie konferencji prasowej w Warszawie prof. Gluckman wspomina to spotkanie jako starcie z ogromną odpowiedzialnością i trudnymi warunkami:

– W tamtych czasach nawet przeszczepy szpiku kostnego były na początkowym etapie. Były to trudne zabiegi, wielu pacjentów umierało – mówi prof. Gluckman. – Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, był w naprawdę złej kondycji. Miał pięć lat. Był z rodzicami, którzy nie mówili słowa po francusku i z malutką siostrą.

Matthew przed przeszczepem przeszedł wyniszczającą chemioterapię kondycjonującą. W trakcie leczenia przebywał w warunkach ścisłej izolacji – w specjalnej komorze o dodatnim ciśnieniu powietrza.

– Musiałem przebywać w plastikowej bańce i nie mogłem mieć kontaktu z nikim. Musiałem chorować sam, podczas gdy jedyne, czego pragnąłem, to być w ramionach mamy. Dzisiaj mali pacjenci nie przebywają już w takich bańkach, lecz w salach z dodatnim ciśnieniem powietrza, ale rodzice nadal muszą nosić fartuchy i rękawiczki, a dotykanie dzieci zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem – opowiada Matthew.

6 października 1988 roku komórki macierzyste siostry zostały przetoczone do organizmu Matthew. Po 18 dniach stało się to, na co liczył świat nauki: szpik zaczął przyjmować nowe komórki. Co kluczowe, zabieg odbył się bez typowych komplikacji, takich jak choroba przeszczep przeciwko gospodarzowi (GvHD) - zagrażające życiu powikłanie po allogenicznym przeszczepieniu komórek macierzystych, w którym limfocyty dawcy atakują organizm biorcy, traktując go jako obcy, czy infekcje, które przy przeszczepach szpiku były wówczas codziennością.

 – Rodzina Matthew została w Paryżu jeszcze przez pół roku. Chciałam się upewnić, że nie pojawią się żadne problemy. Jego rodzice przez ten czas nie nauczyli się języka francuskiego, co mnie zaskoczyło, bo w tym czasie mogli to zrobić. Ale na szczęście grupa wsparcia nauczyła się angielskiego – dodaje z uśmiechem prof. Gluckman.

prof. Krzysztof Giannopoulos - Prezes Polskiego Towarzystwa Hematologów i Transfuzjologów - Karpacz 2025

Od medycznej „partyzantki” do złotego standardu

Przełom formalny nastąpił w 2006 roku, gdy europejskie wytyczne zrównały komórki macierzyste z krwi pępowinowej z komórkami ze szpiku kostnego i krwi obwodowej. To zdanie brzmi sucho, ale jego znaczenie trudno przecenić: oznaczało, że to, co w 1988 roku było ryzykownym eksperymentem przeprowadzanym przez jedną odważną profesor w paryskim szpitalu, stało się pełnoprawną, równorzędną opcją terapeutyczną. Nie gorszą. Nie drugiej kategorii. Równą.

Jak wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Krzysztof Kałwak, prof. dr hab. n. med. Krzysztof Kałwak, kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, przewodniczący EBMT Pediatric Diseases Working Party., mamy dziś trzy równorzędne źródła komórek:

  • Szpik kostny (historycznie pierwszy, od 1968 r.).
  • Krew pępowinowa (od 1988 r. – „pacjent numer jeden”).
  • Krew obwodowa (używana najczęściej ze względu na łatwość pobrania).

- W świetle aktualnej wiedzy medycznej przeszczepianie komórek macierzystych z krwi pępowinowej nie jest już metodą eksperymentalną, lecz sprawdzoną, ratującą życie procedurą, która daje realną szansę na wyleczenie lub długotrwałą remisję choroby. Ta metoda powinna być traktowana jako jedna z równoprawnych opcji terapeutycznych, wybieranych przez lekarza w zależności od wskazań klinicznych pacjenta – podkreśla prof. Kałwak.

Potencjał terapeutyczny krwi pępowinowej w liczbach

Aby zrozumieć, dlaczego krew pępowinowa zajmuje dziś tak ważne miejsce w arsenale hematologii, trzeba przyjrzeć się jej szczególnym cechom – tym, dzięki którym w pewnych sytuacjach może sprawdzić się lepiej niż szpik czy krew obwodowa.

Tolerancja niezgodności HLA. Antygeny HLA to swoisty biologiczny „dowód tożsamości" każdej komórki – układ odpornościowy rozpoznaje je jako „swoje" lub „obce". Przy klasycznych przeszczepach szpiku wymagana jest niemal idealna zgodność między dawcą a biorcą. Krew pępowinowa jest pod tym względem znacznie bardziej tolerancyjna.

– Krew pępowinowa pozwala na przeszczepienie z większą liczbą niezgodności HLA (np. 6/8, 5/8), co znacznie zwiększa szanse na znalezienie dawcy, szczególnie dla mniejszości etnicznych. Bo tylko 20 procent Afroamerykanów ma szansę na superzgodnego dawcę, w porównaniu do 70 procent rasy kaukaskiej – wyjaśnia prof. Kałwak, ukazując przy okazji dramatyczny problem nierówności w dostępie do przeszczepów.

Krew pępowinowa ma też inną, praktyczną zaletę: jest dostępna niemal natychmiast, bez oczekiwania na gotowość dawcy. W sytuacjach nagłych – podczas pandemii, konfliktu zbrojnego, kataklizmu – czas może decydować o życiu. Prof. Kałwak przywołuje tu wymowny przykład: gdy w 2010 roku wybuch wulkanu Eyjafjallajokull na Islandii sparaliżował europejskie lotnictwo, transport materiału przeszczepowego ze Stanów Zjednoczonych stał się niemożliwy. Banki krwi pępowinowej na miejscu okazały się wtedy dosłownie ratunkiem.

Wreszcie – mniejsza immunogenność. Komórki z krwi pępowinowej rzadziej powodują najgroźniejszą postać powikłań potransplantacyjnych – ekstensywną przewlekłą chorobę przeszczep przeciwko gospodarzowi (GvHD), która może zmienić życie pacjenta w wieloletnią gehennę. To ma ogromne znaczenie jakościowe: nie tylko przeżycie, ale jakość tego przeżycia.

– Komórki krwi pępowinowej są nadzieją w leczeniu chorób nowotworowych, szczególnie ostrej białaczki szpikowej, a także wielu chorób nienowotworowych. Co ważne, w przypadku przeszczepiania komórek macierzystych z krwi pępowinowej nie jest potrzebna pełna zgodność HLA, tak jak w przypadku komórek ze szpiku czy z krwi obwodowej. A więc możemy sobie pozwolić na pewne niezgodności, a szansa na udany przeszczep jest bardzo duża. Mniejsze jest też ryzyko powikłań immunologicznych – podkreśla prof. Kałwak.

Jak podkreśla ekspert, krew pępowinowa sprawdza się zwłaszcza w leczeniu chorób metabolicznych i neurodegeneracyjnych – jest uznawana za lepsze źródło niż szpik czy krew obwodowa w przypadku mukopolisacharydozy typu I i II oraz innych leukodystrofii. 

Prof. Krzysztof Kałwak

i

Autor: Katarzyna Hubicz prof. dr hab. n. med. Krzysztof Kałwak, kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, przewodniczący EBMT Pediatric Diseases Working Party.

Przełamywanie bariery: Technologia ekspansji

Przez lata jednym z głównych argumentów sceptyków było proste ograniczenie biologiczne: z jednego porodu można pobrać stosunkowo niewiele krwi pępowinowej - raptem kilkadziesiąt mililitrów. To oznaczało, że liczba komórek macierzystych w takiej jednostce może być niewystarczająca dla starszych dzieci, nastolatków czy dorosłych pacjentów o większej masie ciała. Przyjęło się nawet twierdzenie, że krew pępowinowa nadaje się „tylko dla pacjentów do 30 kilogramów".

To ograniczenie przez długi czas hamowało rozwój tej dziedziny. Blokując dostęp do terapii dla całych grup pacjentów, rzucało cień na całą koncepcję bankowania krwi pępowinowej.

Dziś ta bariera należy do przeszłości. Aktualnie zarejestrowane są dwie technologie namnażania (ekspansji) krwiotwórczych komórek macierzystych z krwi pępowinowej. Mówiąc prościej: naukowcy opracowali metody laboratoryjnego „hodowania" większej liczby komórek z jednej jednostki krwi. Dzięki temu pula potencjalnych biorców gwałtownie się poszerzyła – krew pępowinowa stała się realną opcją terapeutyczną dla dorosłych.

– Można te komórki ekspandować, można je namnażać, można stosować w różnych kombinacjach – wyjaśnia prof. Kałwak, wskazując na dynamikę postępu w tej dziedzinie.

Żywy dowód: Matthew Farrow dzisiaj

Matthew Farrow ma dziś ponad 40 lat i, jak podkreśla prof. Eliane Gluckman, jest żywym dowodem na trwałość efektów tej terapii.

– Dorosłem, ożeniłem się, zostałem ojcem. W tym tygodniu mój syn kończy szkołę – mówi Matthew. Słowa proste, ale za nimi kryje się cały ciężar statystyk i historii medycyny. Syn Eliasz jest z ojca dumny – i ma powody. Wie, że dzięki decyzji swoich dziadków i odwadze pewnej paryskiej profesor jego tata przeżył.

Życie Matthew nie jest jednak wolne od konsekwencji choroby. – Wciąż żyję z Anemią Fanconiego, ale nie z przyczyną powstania choroby. Muszę być ostrożny, muszę się kontrolować pod kątem ryzyka nowotworów – przyznaje.

Niedokrwistość Fanconiego wiąże się z podwyższonym ryzykiem nowotworów przez całe życie – przeszczep leczy niewydolność szpiku, nie zmienia jednak genetycznego podłoża choroby.

Farrow zdecydował, że jego historia powinna służyć innym. Pracuje jako koordynator w hybrydowym banku krwi pępowinowej, łączącym funkcje publiczne i prywatne. Zajmuje się zarządzaniem zapasami, logistyką dostaw materiałów do pobierania krwi. Ale przede wszystkim jeździ po świecie i opowiada.

Zeznawał przed politykami. Pojawiał się na wyścigach NASCAR. Spotykał się z rodzinami małych pacjentów. Kiedyś w restauracji fast food usłyszał, jak jeden klient przekonuje drugiego, że bankowanie krwi pępowinowej „to oszustwo". Podszedł i się przedstawił.

– Wielu ludzi wciąż nie zdaje sobie sprawy, jak ważne są przeszczepienia komórek macierzystych z krwi pępowinowej. Krew pępowinowa mojej młodszej siostry uratowała mi życie, gdy miałem 5 lat i pozwoliła mi dorosnąć, mieć własną rodzinę i wieść normalne życie. Miałem wielkie szczęście, bo znam wiele osób, których niestety nie udało się uratować. Wciąż zbyt mało się mówi o znaczeniu komórek macierzystych z krwi pępowinowej. Ja jestem żywym przykładem na to, że ta metoda działa – mówi Matthew Farrow.

Nowe horyzonty: MSC i walka z GvHD

Przeszczep to dopiero połowa drogi. Nawet gdy komórki macierzyste przyjmą się w szpiku biorcy i zaczną produkować zdrową krew, układ odpornościowy może wypowiedzieć wojnę. Choroba przeszczep przeciwko gospodarzowi (GvHD – graft versus host disease) jest jednym z najpoważniejszych powikłań potransplantacyjnych: komórki odpornościowe dawcy – wciąż „myślące" jak dawca – rozpoznają tkanki biorcy jako obce i zaczynają je atakować.

GvHD może dotyczyć skóry, wątroby, jelit, płuc. Może być ostra i przemijająca. Może też stać się przewlekła, wyniszczająca, trwająca latami. Życie z przewlekłą GvHD – jak podkreśla prof. Kałwak – jest po prostu bardzo trudne.

– Zapobieganie i leczenie choroby przeszczep przeciwko gospodarzowi (GvHD) stanowi kluczowy element procesu przeszczepienia, mający istotny wpływ na jego powodzenie. W części przypadków dostępne metody profilaktyki i terapii okazują się jednak niewystarczające, co może prowadzić do poważnych powikłań, wydłużonej hospitalizacji, a nawet zagrożenia życia pacjenta. Dlatego tak ważne jest zapewnienie chorym dostępu nie tylko do samego przeszczepu, ale również do kompleksowej opieki około transplantacyjnej, obejmującej nowoczesne metody zapobiegania i leczenia GvHD, co znacząco zwiększa szanse na skuteczną terapię i powrót do zdrowia – podkreśla prof. dr hab. n. med. Krzysztof Czyżewski z Katedry Pediatrii, Hematologii, Onkologii, Immunologii i Transplantologii UMK w Toruniu.

Tutaj na scenę wkraczają mezenchymalne komórki macierzyste (MSC), izolowane między innymi ze sznura pępowinowego. To nie te same komórki co krwiotwórcze – mają inne właściwości i inne zastosowania. Ich zdolność do modulowania układu odpornościowego sprawiła, że stały się przedmiotem intensywnych badań jako metoda leczenia opornej na standardowe terapie GvHD.

Preparaty oparte na MSC klasyfikowane są jako produkty lecznicze terapii zaawansowanej (ATMP) – kategoria wymagająca rygorystycznego nadzoru regulacyjnego i zgody komisji bioetycznych. Słowo „eksperymentalne" w tym kontekście bywa krzywdzące: nie oznacza nieudowodnionego ani niebezpiecznego. Oznacza, że metoda wciąż przechodzi formalne procesy zatwierdzania, choć jej podstawy naukowe są solidne.

Warto w tym miejscu przypomnieć pewną prawidłowość historyczną: antybiotyki były kiedyś eksperymentem. Transplantacje szpiku były kiedyś eksperymentem. Przeszczep krwi pępowinowej Matthewa Farrowa był kiedyś eksperymentem. Każda z tych metod stała się standardem, bo ktoś miał odwagę ją sprawdzić – odpowiedzialnie, z zachowaniem protokołów bezpieczeństwa, w trosce o pacjenta.

Gdyby w 1988 roku prof. Eliane Gluckman odrzuciła telefon od prof. Broxmeyera, gdyby rodzice Matthew powiedzieli „nie" na propozycję nieznanej metody, gdyby ktoś, ktokolwiek, cofnął się w obliczu ryzyka – nie byłoby dziś Matthew Farrowa. Nie byłoby standardu, który ratuje tysiące istnień rocznie na całym świecie.

Dziś, trzydzieści osiem lat po tamtym październikowym dniu w Paryżu, Matthew Farrow odwiedza Polskę. Stoi przed dziennikarzami i naukowcami i mówi prostymi słowami o tym, co dla niego znaczy "normalne życie". Syn kończy szkołę. Praca idzie dobrze. Podróże trwają.

Jest żywym dowodem na to, że postęp medycyny nie bierze się z niczego. Bierze się z wiedzy, odwagi i gotowości, by zrobić krok w nieznane – gdy wszystkie inne kroki już nie wystarczają.

Tekst powstał na podstawie materiałów ze spotkania prasowego „Terapie komórkowe bez tajemnic" zorganizowanego w Warszawie. W artykule wykorzystano wypowiedzi prof. Eliane Gluckman, Matthew Farrowa, prof. Krzysztofa Kałwaka oraz prof. Krzysztofa Czyżewskiego.