Piotr Pawłowski zmarł, bo lekarz nie dopełnił obowiązków. Zapadł wyrok w głośniej sprawie

2022-10-05 11:01

Zakończył się proces w sprawie śmierci Piotra Pawłowskiego - warszawskiego działacza na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Mężczyzna zmarł w szpitalu, do którego trafił pięć dni wcześniej po nieskutecznej próbie reanimacji w domu przez zespół ratowników medycznych. Sąd Rejonowy na Pradze Północ uznał, że kierujący akcją lekarz pogotowia poświadczył nieprawdę w dokumentacji medycznej i naraził pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.

Piotr Pawłowski
Autor: Tomasz Radzik / SE / EAST NEWS

Piotr Pawłowski znany był w środowisku osób z niepełnosprawnościami. Od 16 roku życia, gdy po skoku do wody złamał kręgosłup, był sparaliżowany i poruszał się na wózku. W wieku 28 lat zaczął wydawać biuletyn "Integracja", tworzył program telewizyjny i centrum informacyjne, walcząc o likwidację barier dla osób z niepełnosprawnościami. Za swoją pracę otrzymał nawet Medal Rzecznika Praw Obywatelskich. 8 października 2018 r zmarł, a przyczyną śmierci był obustronny obrzęk mózgu wywołany niedotlenieniem.

"Najgorszy dyżur życia"

3 października, czyli pięć dni wcześniej, nad ranem, żona Piotra Pawłowskiego wezwała do domu pogotowie. Wcześniej mężczyzna miał problem z odkrztuszaniem śliny, wieczorem lekarz zalecił mu przyjęcie leków. Sytuacja jednak pogorszyła się. "Gdy byłam w łazience, mój mąż stracił przytomność. Nie było z nim kontaktu. Sprawdzałam tętno i nie wyczułam tętna. Nie zareagował na dotyk ani głos" - zeznawała przed sądem Ewa Pawłowska. Do mężczyzny przyjechała ekipa pogotowia licząca trzy osoby - młodą ratowniczkę Maję B, trzydziestokilkuletniego ratownika Piotra P oraz 74-letniego lekarza Jerzego M, który kierował zespołem ratowniczym.

Jak wynika z zeznań Piotra P, to on i Maja B próbowali intubować Pałowskiego za pomocą rurki dotchawiczej. Nie powiodła się, dlatego przeprowadzili ją maską I-GEL. Lekarz - jak wynika z zeznań - miał w tym czasie stać obok i wypełniać dokumenty na tablecie.

" Powiedziałem do kierownika, aby odłożył tablet i pomógł przetransportować pacjenta. (...) Doktor był bierny i to nie on kazał mi zaintubować. Nagiąłem przepisy, ponieważ ratownicy medyczni mogą intubować tylko przy zatrzymaniu krążenia, dlatego złamałem przepisy ze względu na wyższą potrzebę, czyli życie pacjent"a - zeznawał po śmierci Piotra Pawłowskiego ratownik Piotr P. W trakcie jednej z wcześniejszych rozpraw nazwał tę akcję  "najgorszym dyżurem swojego życia".

To właśnie lekarza prokurator oskarżył o narażenie Piotra Pawłowskiego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, a także o poświadczenie nieprawdy w dokumentacji medycznej. 

Zapadł wyrok, obrońca będzie składał apelację  

Jerzy M. nie przyznaje się do winy - jak stwierdził w trakcie jednej z rozpraw: "U Piotra Pawłowskiego występował przewlekły stan zapalenia płuc i oskrzeli, który nasilił się po 3 października  Pacjent miał szansę na wyleczenie." Z tym stwierdzeniem nie zgodziła się jednak Ewa Pawłowska, która wystąpiła przeciw lekarzowi jako oskarżycielka posiłkowa.

Prokuratura zarzuciła Jerzemu M bezpośrednie narażenie na utratę życia i błędny w uzupełnianiu dokumentacji medycznej czynności ratunkowych. Lekarz napisał, że źrenice Piotra Pawłowskiego nie reagowały na światło. Ze śledztwa wynika jednak, że doktor nie wykonał tego badania, a dokumentację uzupełniał bez rozmowy z ratownikami.

Wyrok wydała sędzia Małgorzata Nowik. Orzekła, że Jerzy M jest winny i skazała go na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Lekarz ma również 10-letni zakaz wykonywania zawodu, musi też pokryć koszty sądowe i zapłacić 30 tys. zł odszkodowania żonie zmarłego. Wyrok pokrywa się z wnioskiem prokuratora oraz oskarżycielki Ewy Pawłowskiej. 

"Osiągnięty został najważniejszy cel, czyli odsunięcie doktora od kontaktu z pacjentami" - podsumowała Ewa Pawłowska. Nie jest to pierwsza tego typu sprawa dotycząca Jerzego M - prokuratura oskarżyła go również w innej sprawie: ma postawione podobne zarzuty w sprawie śmierci 72-letniej kobiety. 

Obrońca lekarza mecenas Arkadiusz Rozpędowski zapowiada jednak apelację od wyroku, nie jest on bowiem prawomocny.