W rozmowę o granicach ludzkiego organizmu, medycznych realiach i sile słów angażują się wybitni eksperci: językoznawca prof. Jerzy Bralczyk, specjalistka geriatrii dr n. med. Janina Kokoszka-Paszkot, kardiolog prof. dr hab. n. med. Artur Mamcarz oraz diabetolog prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak.
A.M.: Starość często rozpoznajemy nie po liczbach w metryce, lecz po ciele, które zaczyna mówić innym językiem. Choroby, które kojarzą się z późnym wiekiem, tworzą rodzaj cichego alfabetu starości – czasem bolesnego, czasem jedynie przypominającego, że organizm ma swoją własną chronologię.
J. K.-P.: Najbardziej rozpoznawalne są choroby stawów: zwyrodnienia, reumatoidalne zapalenie, dna moczanowa. To one sprawiają, że ruch – kiedyś naturalny i niezauważalny – staje się codziennym zadaniem. Poranne wstawanie z łóżka przypomina negocjacje z własnym ciałem: krok po kroku, staw po stawie. Ten typ chorób kojarzy się ze starością, bo dotyka miejsc, które najdłużej dźwigały człowieka przez życie.
A.M.: Do tego dochodzą choroby serca i układu krążenia. Nadciśnienie, niewydolność, zaburzenia rytmu. W młodości to serce kojarzy się z emocjami; w starości – z ciśnieniem, pulsometrem i tabletkami przy porannym śniadaniu. Jego rytm staje się rytmem dnia, a troska o nie – jednym z głównych obowiązków. Pojawiają się też choroby metaboliczne: cukrzyca typu 2, zaburzenia gospodarki lipidowej. To schorzenia, które rozwijają się powoli, jakby czekały cierpliwie na swoją kolej. Kojarzą się ze starością, ponieważ jej tempo ujawnia to, co przez lata pozostawało ukryte – błędy stylu życia, predyspozycje, niewidoczne pęknięcia w równowadze organizmu.
J. K.-P.: W starości widzimy również pogarszający się wzrok, słuch, pamięć. Jaskra, zaćma, otępienia – to choro by, które dotykają zmysłów i tożsamości. Wzrok staje się bardziej mglisty, dźwięki bardziej odległe, a wspomnienia – choć najcenniejsze – czasem zaczynają wymykać się z rąk. Te choroby kojarzą się z późnym wiekiem, bo dotyczą same go rdzenia doświadczenia świata. Wreszcie choroby towarzyszące kruchości: osteoporoza, upadki, osłabienie mięśni. To one czynią ciało bardziej delikatnym, podatnym na przypadek. Starość zyskuje przez nie obraz czegoś kruchego, jak porcelana – piękna, ale wymagająca ostrożności.
J.B.: Dziś porozmawiajmy o chorobach starości, czyli o demencji, alzheimerze, artretyzmie…
A.M.: Nie jestem pewien, czy jest taka choroba, jak artretyzm. Chyba nie ma.
J. K.-P.: „Artretyzm” to słowo używane potocznie, ale nie jest to precyzyjna nazwa medyczna. J.B.: A czy jest reumatyzm?
J. K.-P.: „Reumatyzm” istnieje, ale nie jako jedna konkretna choroba. To potoczne określenie bardzo szerokiej grupy schorzeń układu ruchu, zwłaszcza tych dotyczących: stawów, kości, mięśni, tkanek łącznych.
J.B.: Słowa nazywające te różne choroby kojarzą się nam ze starością.
A.M.: Myślę, że wielu osobom kojarzy się tak przede wszystkim niewydolność. „Niewydolność” to słowo, które w języku codziennym pojawia się niepostrzeżenie, ale w świecie zdrowia i starości nabiera ciężaru, którego nie sposób zignorować. Jego brzmienie jest miękkie, pozornie spokojne – a jednak niesie w sobie narrację o granicach. W języku to słowo opisuje sytuację, w której coś „nie daje rady”, „nie nadąża”, „nie spełnia swojej funkcji”. Nie ma w nim dramatycznego wybuchu ani nagłego urwania. Jest za to powolny spadek sił, stopniowe osuwanie się z pełnej funkcji ku czemuś mniej pewnemu, mniej stabilnemu.
J. K.-P.: W medycynie „niewydolność” staje się jednym z kluczowych określeń starzenia się ciała. Mówimy o niewydolności serca, nerek, oddechowej, krążeniowej. To słowa, które pojawiają się w dokumentacji medycznej jak znaki drogowe – jedne ostrzegają, inne informują, jeszcze inne próbują tłumaczyć to, co dzieje się w organizmie. Niewydolność nie oznacza całkowitego zatrzymania, lecz to, że organ wykonuje swoją pracę „nie do końca”, „z trudem”, „poniżej potrzeb życia”. To słowo pasujące do wieku późne go: cierpliwe, niespieszne, opisujące proces, nie punkt. W kontekście starości niewydolność jest wręcz słowem-paradygmatem. Starzejące się ciało nie przestaje działać nagle – ono działa, ale inaczej. Wolniej. Ostrożniej. Z przerwami. Starość jest więc jak dialog między organizmem a wymaganiami, jakie stawia świat: coraz więcej wysiłku potrzeba, by wykonać gesty, które kiedyś były niewidoczne. Jednocześnie „niewydolność” to słowo, które można usłyszeć także poza medycyną. Mówimy o niewydolności pamięci, ale też o niewydolności relacji, instytucji, wsparcia społecznego wobec ludzi starszych. W tym sensie język sam pokazuje, że starość to nie tylko biologia, ale i otoczenie, które nie zawsze „wydala” zadania, jakimi jest troska i obecność.
A.M.: Paradoksalnie, mimo swego ciężaru, słowo „niewydolność” ma w sobie chyba coś prawdziwie ludzkiego. Nie opisuje końca, lecz niedoskonałość – a ta towarzyszy człowiekowi przez całe życie. W starości staje się jednak bardziej widoczna, bardziej nazwana, bardziej medyczna. Jest jak diagnoza, która rozciąga się pomiędzy językiem a ciałem: precyzyjna, a zarazem pełna egzystencjalnego znaczenia.
J. K.-P.: A od czego właściwie bierze się słowo „niewydolność”?
J.B.: „Wydolność” jest wtedy, gdy ktoś wygrzebie się z dołu.
J. K.-P.: Czyli to jest zwiastun tego, że będzie ciężko.
J.B.: „Dołać” znaczyło kiedyś „dawać radę”. Stąd też wzięło się „podołać” (Ktoś podołał temu. Ktoś zdołał coś zrobić).
J. K.-P.: Czy to jakoś wiąże się z „dołem”?
J.B.: Chyba nie. Wydaje mi się, że języku praindoeuropejskim ten rdzeń był inny. Może odlegle to jakoś się łączy, ale należy jednak wiązać to ze słowem „dołać”. Do tej pory nie mówiliśmy zbyt dużo o tym, co się ze starością silnie łączy, czyli z różnego rodzaju dolegliwościami, chorobami, niedomaganiami, niewydolnościami, czyli tym wszystkim, co przeszkadza żyć i co nie jest świadectwem „choroby”, która nazywa się starość, ale które na starość się ujawniają. Jak myślimy „reumatyzm”, to kojarzy się nam o ze starością. Jak myślimy zespół Alzheimera, to też kojarzy się on ze starością. Dotyczy to zarówno chorób mentalnych, jak i fizycznych, chorób ciała i umysłu. To wszelkiego rodzaju niedomaganie. Słowo „niedomaganie” jest jednym z tych terminów, które w polszczyźnie noszą w sobie dyskretną mądrość doświadczenia. Nie jest ostre ani alarmujące, nie niesie dramatyzmu choroby, a jednak wskazuje na pewien brak równowagi. Pozwala mówić o słabości z delikatnością – jakby z troską o człowieka, którego dotyczy. W przeciwieństwie do słów takich jak „choroba” czy „cierpienie”, „niedomaganie” ma w sobie napięcie pomiędzy chwilowym osłabieniem a codzienną próbą radzenia sobie. To stan zawieszenia: nie jesteśmy zdrowi, ale też nie chcemy jeszcze przyznać, że coś poważniejszego się dzieje. Mówimy więc, że „trochę niedomagamy”, jakbyśmy chcieli jednocześnie uspokoić innych i siebie. Etymologia podsuwa obraz organizmu, który „nie domaga” – nie spełnia w pełni swojej funkcji, nie działa tak, jak powinien. W tym sensie słowo to opisuje nie tylko ciało, lecz także psychikę, nastrój, a nawet codzienną energię. Można niedomagać fizycznie, ale można też niedomagać emocjonalnie: nie wyrabiać z obowiązkami, nie nadążać za światem. W polskiej kulturze „niedomaganie” bardzo często wiąże się z procesem starzenia. To słowo, które pozwala mówić o kruchości życia bez brutalności, daje możliwość nazwania zmian nieuniknionych, ale niekoniecznie tragicznych. Jest w nim spokój, zgoda na powolne słabnięcie, a może nawet pewna łagodność wobec samego siebie. Można więc powiedzieć, że „niedomaganie” jest nie tylko określeniem stanu zdrowia, ale też wyrazem podejścia do ludzkiej kondycji – przyznaniem, że nikt z nas nie funkcjonuje „idealnie”, że czasem potrzebujemy odpoczynku, ciepłej herbaty i chwili na zaczerpnięcie tchu. W tym znaczeniu słowo to jest zaskakująco humanistyczne: pozwala nam dostrzec słabość jako naturalny element życia, a nie porażkę.
A.M.: A „domaganie”?
J.B.: „Domaganie się” jeszcze czegoś.
A.M.: Domagamy się zdrowia. Chcemy dostać od lekarzy gwarancję, że będziemy zdrowi.
J.B.: Chcemy zdrowia, dobrej poezji i żeby nam nic nie dolegało.
J. K.-P.: Rozmawialiśmy o starości w aspekcie przywileju. Myśl, że starość jest przywilejem, w pierwszej chwili może brzmieć jak slogan – zwłaszcza w świecie, który celebruje młodość, sprawność i tempo. A jednak, gdy przyjrzymy się jej wnikliwie, odsłania się w niej głęboka, często niedoceniana prawda. Nie każdy tej starości dożywa, nie jest ona dana każdemu. Niestety wiąże się ona z naturalnym procesem ubywania, umniejszania się funkcji poszczególnych układów, z tym że jeśli odbywa się to w sposób fizjologiczny, to mówimy, że ta starość jest dobra. Wiemy wprawdzie, że nerki będą gorzej działały, krążenie będzie słabsze, wydolność oddechowa osłabiona, będą wahały się poziomy cukru, ale będzie to w granicach dobrego procesu starzenia się.
J.B.: To są powszechne choroby, które mogą dotknąć ludzi w każdym wieku, ale tak się jakoś składa, że w wieku podeszłym występują one częściej i intensywniej.
A.M.: To wynika z tego, że proces biologiczny trwa i większość chorób jest zależna od wieku. J.B.: Przede wszystkim dlatego, że na starość jesteśmy słabsi i różne dolegliwości silniej nam dokuczają.
A.M.: Wyczerpują się regulacje biologiczne organizmu i powoli się wygaszają. W najbliższych dniach będą miał wykłady o szczepieniach w aspekcie kardiologicznym i będę opowiadał o immunosenescencji. To termin określający starzenie się układu odpornościowego – stopniowe obniża nie jego aktywności, zdolności do reagowania na patogeny, produkcji komórek odpornościowych i regulowania stanu zapalnego. Immunosenescencja jest jednym z głównych biologicznych mechanizmów starzenia się organizmu. Powoduje to, że każda infekcja, która u osób młodych jest banalna, dla osoby starszej może być zagrożeniem życia.
J.B.: To jest chyba trochę tak, jak z chorobami wieku dziecięcego (jako dorośli już nie myślimy, że zachorujemy na świnkę czy szkarlatynę), ale też jako osoby dojrzałe nie przewidujemy, że będziemy mieli kłopoty z reumatyzmem czy z demencją.
J. K.-P.: W geriatrii te choroby określamy mianem wielkich zespołów geriatrycznych. Dlaczego wielkich? – Dlatego, że dotyczą w znacznej mierze dużej populacji starzejącej się, spełniającej kryteria geriatryczne. To charakterystyczne dla wieku podeszłego zjawiska, które nie są pojedynczymi chorobami, lecz złożonymi stanami wynikającymi z nakładania się wielu zaburzeń. Wraz z wiekiem organizm traci swoją dawną rezerwę biologiczną, a narządy i układy, które przez lata pracowały niezauważenie, zaczynają reagować wolniej, mniej precyzyjnie, bardziej chaotycznie. W takiej sytuacji nawet drobny czynnik – infekcja, zmiana leków, odwodnienie – może uruchomić cały łańcuch poważnych problemów. Mamy tu do czynienia z czymś, co nazywamy zespołem 3D. Pierwsze D to demencja, potem mamy depresję i delirium, ale (uwaga!) – delirium rozumiane jako nagłe, ostre zaburzenia świadomości i uwagi – tzw. majaczenie, które pojawia się szybko, często w wyniku infekcji, odwodnienia, działania leków czy hospitalizacji i jest stanem alarmującym.
J.B.: Nie mylić z delirium tremens, najcięższą postacią ostrego zespołu abstynencyjnego po nagłym odstawieniu alkoholu u osób uzależnionych.
J. K.-P.: Tu chodzi o taki stan majaczenia, kiedy mamy do czynienia z wahaniem równowagi elektrolitowej czy glikemicznej, które mogą doprowadzić do majaczenia. Na przykład pacjent, który choruje na cukrzycę i ma hipoglikemię, przeżywa stan odpowiadający delirium.
J.B.: Są to wszystko choroby mentalne, a 3D zazwyczaj ko jarzy się z czymś innym. Jeżeli pojawia się taka analogia czy takie samo nazwanie czegoś innego, widzimy w tym coś w rodzaju żartu (np. że to jest jakieś inne 3D). Może to wymyślił ktoś, kto był od starości odległy i chciał sobie ze staruszków trochę pożartować. Nie jest to wykluczone.
J. K.-P.: Nie można tego wykluczyć. Ale wtedy musiałby istnieć skrót mnemotechniczny 4D, wtedy rzeczywiście skojarzenie byłoby oczywiste.
J.B.: Czy to jest stopniowane, czyli najpierw mamy demencję czy depresję?
J. K.-P.: Są to równoważne zespoły chorobowe, niezależne od siebie.
J.B.: Czyli możemy mieć na przykład depresję z demencją albo samą depresję?
J. K.-P.: Może tak być, bo cechą charakterystyczną dla geriatrii są tzw. zespoły nakładania się. To sytuacje, w których kilka chorób lub zaburzeń występuje jednocześnie, a ich objawy wzajemnie się wzmacniają, zacierają lub modyfikują. W geriatrii rzadko mamy do czynienia z jedną, „czystą” chorobą – częściej z mozaiką problemów zdrowotnych, które tworzą nową jakość kliniczną. Różne schorzenia, procesy fizjologiczne starzenia oraz skutki uboczne leków współtworzą obraz, który nie przypomina proste go sumowania objawów, lecz złożoną układankę, trudną do złożenia. Zespół nakładania się może dotyczyć chorób somatycznych, neurologicznych, psychicznych, ale także zaburzeń funkcjonalnych.
Choroba czy dar, czyli jak mówimy o starości - Wydawnictwo PZWL
Autorzy:
- prof. Jerzy Bralczyk
- dr n. med. Janina Kokoszka-Paszkot
- prof. dr hab. n. med. Artur Mamcarz
- prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak