Myśleli, że syn jest odwodniony. Okazało się, że ma poważną wadę serca

2022-02-15 14:17

Młody sportowiec pragnął, by jego drużyna osiągała sukcesy, dlatego intensywnie trenował. Kiedy zemdlał po raz trzeci, w wyniku czego trafił do szpitala, okazało się, że ma niebezpieczną wadę serca.

zbliżenie na chłopca
Autor: Getty Images

Błędna diagnoza

11-letni Jake Burnam marzył o tym, by jego drużyna hokejowa osiągnęła mistrzostwo. Ciężko na to pracował, poświęcając wiele godzin na treningach, by być w jak najlepszej formie. Jednak z czasem zaczął uskarżać się na problemy z oddychaniem. - Ciągle wymyślał powody, by nie jeździć na łyżwach i mówił, że brakuje mu tchu – powiedział tata Jake'a, Rusty Burnam.

To był początek poważnych zdrowotnych problemów. Podczas zajęć wychowania fizycznego w szkole, chłopiec zemdlał i stracił przytomność na około 30 sekund. Kiedy przerażona mama dziecka dotarła do placówki, Jake był już w znacznie lepszej formie i zdawało się, że wszystko jest w porządku, jednak kobieta za radą sanitariuszy zdecydowała się udać do pediatry.

Lekarz stwierdził, że problemem jest odwodnienie, więc rodzice chłopca skłonili go do spożywania większej ilości wody, a on wrócił do swojego normalnego harmonogramu zajęć.

Nikt nie spodziewał się, że przyczyną złego stanu zdrowia będzie poważna choroba

Jednak miesiąc później Jake znowu zemdlał i stracił przytomność. Tym razem był nieprzytomny przez około 3 minuty. Chłopiec trafił na izbę przyjęć, gdzie wykonano mu elektrokardiogram (EKG). Niestety, wyniki były na tyle złe, że został skierowany do specjalistycznego szpitala dziecięcego na dalsze badania.

Lekarzom już następnego dnia udało postawić się ostateczną diagnozę. 11-latek ma kardiomiopatię przerostową (HCM), dziedziczną chorobę, która utrudnia skuteczne pompowanie krwi. HCM to najczęstsza genetyczna choroba serca, która może objawiać się w każdym wieku. Nawet dorośli, którzy cierpią na to schorzenie, mogą nie mieć żadnych objawów i nie wiedząc o jej istnieniu, być ciągle narażeni na wysokie ryzyko nagłej śmierci.

Specjaliści powiedzieli rodzicom Jake'a, że duszność podczas ćwiczeń, jak i omdlenia, były sygnałami, iż jego serce walczy o dostarczenie mu wystarczającej ilości natlenionej krwi. Chłopiec już wcześniej doświadczył duszności. Miało to miejsce podczas innego wysiłku, czyli gry w baseball. Wtedy zdiagnozowano u niego astmę wysiłkową.

Jake otrzymał inhalator, który rzeczywiście pomógł mu lepiej funkcjonować, jednak symptomy nie zniknęły całkowicie. Matka chłopca - Holly - wspomina, że zbyt łatwo zaakceptowała diagnozę. - Teraz, gdy jedno z moich dzieci narzeka na coś złego, zadaję o wiele więcej pytań – powiedziała.

W związku z tym, że HCM to choroba dziedziczna, diagnoza Jake’a skłoniła rodzinę Burnam'ów do wykonania testów genetycznych. Na podstawie wyników stwierdzono, że rodzice chłopca mają marker, który zwiększa ryzyko wystąpienia tej niebezpiecznej choroby. Mutacja została przekazana synowi, a córce nie.

Poradnik Zdrowie: składniki mineralne niezbędne do prawidłowej pracy serca

Trudy leczenia

Przez tydzień chłopiec przebywał w szpitalu, gdzie wykonywano mu kolejne badania. Z racji tego, że jego stan może prowadzić do nieregularnego rytmu serca, otrzymał kardiowerter-defibrylator, czyli ICD. To urządzenie chroni serce w momencie, gdy jego rytm staje się niebezpieczny dla zdrowia.

Choć Jake spędził w szpitalu tylko tydzień, a samo wszczepienie implantu trwało kilka dni, chłopiec przez długie miesiące przetwarzał swoją diagnozę i zmagał się z niepokojem, że jego choroba była aż tak poważna. - Czułem się słaby i niezdolny do funkcjonowania – powiedział. Jake obawiał się także, że ludzie będą go traktować zupełnie inaczej niż przed diagnozą.

Zaczął nawet rzadziej chodzić na zajęcia. - Był dzieciakiem w klasie A, który kochał szkołę przed postawieniem diagnozy – wspomina Rusty, który dodaje, że po zdarzeniach związanych z jego chorobą, jego syn „po prostu nie miał motywacji” do chodzenia do szkoły.

Sytuacja i podejście chłopca zmieniło się, gdy po raz kolejny doszło do omdlenia. Chłopcu pomogło urządzenie i choć doświadczenie znowu okazało się przerażające, obyło się bez żadnych problemów. To pozwoliło Jake’owi odzyskać pewność siebie. - To było dość przerażające, ale poczułem ulgę, ponieważ defibrylator mnie uratował – wyjaśnił.

Obecnie chłopiec ma 13 lat i jest w siódmej klasie. Co sześć miesięcy jego stan monitoruje elektrofizjolog i kardiolog.